Beloniada po Bałtycku –  czyli bocianowe szaleństwo

Wstęp

Z początkiem maja i kwitnącym wszechobecnie rzepakiem, zdaję sobię sprawę, że większość z Was wybierze się zapewne na „słodkowodne zębate”. Niemniej wszystkich tych, których nudzą lub znudziły szczupakowe potyczki, zapraszam nad nasz przepiękny, rodzimy Bałtyk. W maju, na bałtyckiej plaży, nie ma jeszcze tłumów, więc jest szansa żeby odpocząć i przy okazji zmierzyć się ze słonowodnym „zębatym”, czyli beloną.

W tym i następnym odcinku belonowej serii, opowiem o najczęściej stosowanych metodach połowu „bałtyckiego bociana”. Wszak nie samym spinningiem człowiek żyje, więc może będzie okazja do zmiany nawyków i porzucenia spinningu, na rzecz morskiej gruntówki, a może też i morskiej “przepływanki”? Kto wie?

Serię tych dwóch artykułów, dedykuję wszystkim uczestnikom naszych spotkań plażowych, które organizuję corocznie pod nazwą “Beloniada dla każdego”. Rok do roku, staramy się wybrać inne miejsce na plaży, a szczegóły znajdziecie każdorazowo na naszej stronie www oraz na profilu FB.

Na żółto

Przyjmuje się, że czas kwitnienia rzepaku, to ten właściwy moment na połów belon. Czy naprawdę? Zwłaszcza w dobie zmieniającego się klimatu, wcześniej kwitnących odmian rzepaku w różnych rejonach kraju, zmian temperatury wody Bałtyku na różnych odcinkach naszego wybrzeża, czas ten może się miejscowo skracać lub wydłużać. Jedno nie ulega wątpliwości. Belony przypływają pod koniec kwietnia oraz w maju w okolice brzegu, żeby odbyć swój doroczny taniec godowy.

Początek kwitnienia rzepaku, to nieodzowny czas, żeby ruszać z wędkami na plażę. Uwzględnijcie to koniecznie, w planowaniu przyjazdów, zwłaszcza z odleglejszych rejonów kraju.

Klucz do sukcesu

Z moich obserwacji wynika, że najlepsze wyniki połowu, osiągniemy rano i wieczorem przy słonecznej pogodzie. Ryby, z reguły przesuwają się wtedy bliżej brzegu. Godziny południowe, duże zachmurzenie, a zwłaszcza mgła, powoduje z zasady, odsuwanie się żerujących ryb od brzegu. Co nie znaczy, że słabiej żerują. Są po prostu dalej od brzegu. Co ciekawe, belony wcale nie boją się falowania, pod warunkiem, że w strefie przybrzeżnej, nie tworzy się tzw. „betoniarka” z ogromną ilością unoszącego się piachu i morskiego zielska. Przy ładnej pogodzie, w szczególności rano i wieczorem, ryb szukajmy raczej blisko brzegu. Niemal „pod nogami”. W szukaniu najlepszej miejscówki, pomoże Wam obserwacja wody i widok spławiających się ryb.

„Bałtycki bocian” – nazwa ta pochodzi od „dzioba” ryby, który przypomina do złudzenia dziób bociana. Jest długi z olbrzymią ilością – wyjątkowo czepnych – małych ząbków. Belona ma duże oczy, dzięki czemu jest czujnym i świetnym wzrokowcem.

Kluczem do sukcesu – bez względu na metodę połowu – jest umiejętna lokalizacja ryb, „czytanie wody” i umieszczenie przynęty tam, gdzie ryby powinny być. Czasami trzeba rzucić przynęty w inne miejsce, przesunąć się kilkadziesiąt metrów. Stąd „czytanie wody” jest podstawą, bowiem nawet aktywne łowienie, w obszarze gdzie belon nie ma, nie przyniesie pożądanego efektu.

Przejrzysta, czysta woda o temp. 10-12 *C sprzyja składaniu ikry na dnie, z dużą połacią roślin i glonów. Zapłodnione jaja, składane w porcjach, wyposażone są w czepne wypustki, które pomagają w przytwierdzaniu się, do roślinności.

Ewolucja źródłem rozwoju

Nie ukrywam, że spinning był kiedyś moją ulubiona metodą połowu, tej wyjątkowo sportowej i walecznej ryby. Odsyłam wszystkich także do lektury artykułu, który napisałem kilka lat temu, ale który jest nadal aktualny. https://www.polskaszkolasurfcastingu.pl/?s=w+maju+jak+w+raju

Szukając innych możliwości – a zwłaszcza minimalizując ograniczenia spinningu – poszedłem w morską gruntówkę, która do dzisiaj zawładnęła moim sercem. Po drodze – nie ukrywam, zdarzał się także morski spławik, który też ma swoje wymierne zalety.

W zeszłym roku, po kilku latach przerwy, dałem się ponownie skusić – za namową  mojego serdecznego kolegi –  na spinning. No i przysłowiowo mówiąc, znowu w sercu „pykło”, ale… jak to się mówi ”stara miłość nie rdzewieje..”. Co gruntówka, to gruntówka.

Nie przechwalając się, ale mając dosyć bogate doświadczenie w łowieniu „strzały Neptuna”, chętnie podzielę się swoją wiedzą. Dużo już w temacie napisano (zwłaszcza spinningu), ale ja postaram się przedstawić temat przekrojowo, pokazując wady i zalety każdej ze stosowanych metod połowu. Także – w mojej ocenie –  najskuteczniejsze rozwiązania.

Zacznijmy więc od tej metody, która mojemu sercu jest jednak najbliżej, a więc morskiej gruntówki

Zmieniający się klimat i ocieplenie Bałtyku spowodowały, że belony łowię od kwietnia, nawet do początku października. Zaś w gorące lato, stada „baby belon”, wpływają bezpośrednio w okolice brzegu, wraz z zimnymi prądami. Od konca 2023 roku belona ma wymiar ochronny 60cm, więc nie zapominajcie o wypuszczaniu małych, niewymiarowych ryb. Te ze zdjęcia, oczywiscie powędrowały w dobrej kondycji do wody.

Belonowe grunciarstwo

Metoda ta, ma właściwie same zalety i wcale nie jest taka statyczna, jak na pierwszy rzut oka, mogłoby się zdawać. Nie liczcie na to, że usiądziecie na krzesełku, odpalicie papieroska, otworzycie piwko….co to to nie! Tu trzeba myśleć i łowić bardzo aktywnie. Niejednokrotnie zmieniając miejsce, koncepcję podania przynęt oraz zestawy.

Czy ta metoda ma w ogóle jakieś wady? W opcji łowienia bardzo aktywnego, pewnie nie. Wydaje się , że jest pozbawiona jakichkolwiek ograniczeń, bowiem nawet zła pogoda oraz wyjątkowo mocne falowanie i wiatr – co dosyć często zdarza się w maju – wcale nie ogranicza połowu. Zaś ryby –  jeżeli woda jest choć trochę przejrzysta i prześwietlona słońcem –  niejednokrotnie żerują wręcz wyśmienicie. Podczas, gdy ze spinningiem przy dużej fali i silnym wietrze, nie ma co marzyć o wejściu do wody, nie mówiąc tylko o dalekim rzucie, ale względach bezpieczeństwa. Tak więc gruntówka daje nam tę alternatywę i  luksus zabawy, nawet w ciężkich warunkach.                                  

Mówiąc w pełni otwarcie, widziałem za dużo rozczarowanych i zawiedzonych spinningistów, którzy przy silnej fali, a zwłaszcza silnym wietrze, uciekają z plaży bezradnie rozkładając ręce. Nawet, gdy ryby żerują dosyć blisko, nie są w stanie ich dosięgnąć, utrzymać błystki, a nie mówimy tu wcale o odległościach rzędu 80-100 metrów. Co w takim razie począć? Przecież niejednokrotnie przyjeżdżacie kilkaset kilometrów. Na kilka dni. Pogody – wiadomo – nie da się zaprogramować.

W takim przypadku, nie ma co się zamykać w swoich utartych schematach i trzymać się tylko jednej, jedynej metody. Przecież wszyscy jesteśmy po trochu, grunciarzami. Niby nikt się nie przyznaje, a każdy po cichu praktykuje? Coś Wam to przypomina? Tak więc zawsze trzeba mieć plan awaryjny i być zawsze przygotowanym na najgorsze…..co ja gadam! Jakie najgorsze. Na najlepsze!!

Wędziska

Do beloniady metoda gruntową, nie potrzeba wcale wyrafinowanego i drogiego sprzętu. Ceny naprawdę przyzwoitych wędzisk plażowych –  na dzień dzisiejszy – to już wydatek kilkuset złotych. Zamiast typowo plażowych kijków, możecie zabrać ze sobą mocniejsze karpiówki lub feedery. Takie z ciężarem wyrzutowym, co najmniej 100 gram (3.5 lbs). Najlepsza długość, to ta powyżej 350 cm. Niemniej jak się nie ma co się lubi….wiadomo. Pakujcie kijki na wszelki wypadek do samochodów.

Osobiście wybieram wędziska typowo plażowe (o długości co najmniej 4.10m i ciężarze wyrzutowym ponad 120g). Takie wędki, dają sporą wszechstronność, w świetle zmieniającej się pogody i silnego falowania, a także konieczności dalszego zarzucenia przynęty. Zwłaszcza wtedy, gdy ryby znajdują się ponad 100-120 metrów od brzegu.

Kołowrotki i linki

Na kołowrotki (najlepiej mocniejsze i o większej szpuli) nawińcie na początek żyłkę o średnicy 0.22mm do 0.25mm. Osobiście stosuję żyłki od 0.18 mm wzwyż, ale na początek nie przesadzajcie. Przy silnym falowaniu i uciągu, cienkie żyłki sprawdzą się znacznie lepiej, bowiem opór linki, nie będzie tak duży i nie będzie szybko znosiło zestawów. W przypadku naprawdę ciężkich warunków kiedy pojawia się zielsko, zmieniam szpule, na te z grubszą linką. Zamiast żyłek można stosować z powodzeniem plecionki. Nie grubsze niż 0,13 mm.

Belona jest bardzo sprawnym i aktywnym drapieżnikiem. Wbrew panującej opinii, żeruje aktywnie w każdej głębokości toni. Lubi ruch przynęty, ale w wielu przypadkach bierze bardzo ostrożnie i chimerycznie. To kolejna przewaga gruntówki, w przypadku gdy belona słabo reaguje na ruch, bowiem czasami ryba przedkłada spokój nad ciągłą gonitwę, za czymś błyszczącym. Nie ma się co dziwić. Przecież głównym cel tej ryby w maju, to zajęcie się tańcami godowymi? W takich przypadkach metodą wyjątkowo efektywną – nawet lepszą od gruntówki –  jest morska przepływanka, o której opowiem w następnym odcinku.

Do końca linki głównej, dowiązuję każdorazowo koniczny przypon strzałowy, dopasowany średnicą do linki (od 0.18-0.25 mm do 0.50-0.60 mm w swojej najgrubszej części). W przypadku połowu feederem lub karpiówką, możecie nie montować przyponu strzałowego, jeżeli będziecie łowić blisko, z zastosowaniem lekkich ciężarków i bardzo grubej żyłki lub plecionki. Niemniej namawiam to użycia „strzałówki” w każdym przypadku. Będzie po prostu bezpieczniej, zwłaszcza gdy założycie większe obciążenia. Uchroni Was to przed zerwaniem zestawów podczas zarzutu.

Wędki (można łowić na dwie zgodnie z przepisami), opieracie o dedykowany plażowy stojak lub sztyce. Można użyć rur PCV wbitych w ziemię, w które wkładacie dolniki wędek. Brania ryb z reguły są dosyć widoczne i spektakularne. W zasadzie nie da się ich przeoczyć. Chyba, że przy silnym wietrze i sporym uciągu wody.

Ciężarki

Zestawów belonowych –  które sam przygotowuję –  z reguły nie umieszczam na dnie ze zbyt dużym obciążeniem. Belony lubią ruch przynęty, ale ruch kontrolowany, więc zestawy z powodzeniem można puszczać w lekki, kontrolowany uciąg, który pozwoli na penetrację większych obszarów łowiska. Z tego powodu stosuję określone gramatury (od 60 gram do 150 gram) i kształty ciężarków (portugalki, hiszpanki, które rolują, przesuwając się po dnie) w zależności od warunków pogodowych.

Najczęściej stosuję ciężarki typu torpeda oraz „hiszpanki” oraz „portugalki”. Zwłaszcza te, które mają zdolność toczenia się i są fosforescencyjne. Niemniej, na początek, możecie wykorzystać takie cieżarki, jakie macie w swoim wędkarskim pudełku.

Moje zestawy do połowu

Jeszcze do końca 2023 roku zgodnie z obowiązującymi wtedy przepisami, belony można było łowić na zestawy z jednym tylko trokiem bocznym (przyponem), haczykiem.  Po zmianie przepisów, belony możemy już łowić na dwa lub więcej troków bocznych (przyponów). Przepisy wprowadziły także limit długościowy 60 cm na belonę. Jeżeli chcecie posłuchać więcej o zmianach w przepisach, zapraszam na materiał video, ktory przygotowałem dla Was na początku 2024 roku, w czasie wprowadzania istotnych zmian. zmiany w przepisach – Polska Szkoła Surfcastingu.

Zachęcam także do szczególowego zapoznania się z wprowadzonymi zmianami (poniżej), a także wszelkich informacjami dotyczących rybołówstwa rekreacyjnego na stronie Głównego Inspektora Rybołówstwa Morskiego https://www.gov.pl/web/girm/informacje-ogolne-nt-rybolowstwa-rekreacyjnego

Jeden z najprostych, klasycznych zestawów, jest na tyle nieskomplikowany, że bez problemu wykonacie go sami. Prezentuję go na poniższej rycinie nr. 1. Większość komponentów, z pewnością znajdziecie także w swoich grunciarskich pudełkach.  Co jest wyjątkowo istotne – odległość podstawy mocowania dwóch troków bocznych (przyponów) musi być większa niż sama długość jednego z troków. Zestawy możecie wykonać zarówno z monofilamentu lub karbonu. Albo metodą łaczoną. Monofilament plus troki z karbonu.

Co ważne, przynętę należy lekko unieść w toni, przy zastosowaniu elementów wypornościowych, montowanych bezpośrednio przed haczykiem. Można je “przystopować” gumowym stoperem, ale nie jest to wcale konieczne. Nie zalecam stosowania na tyle dużych elementów wypornościowych (tj. ok 15mm), żeby przynęta dryfowała po powierzchni, w przypadku gdy łowimy dosyć płytko. Raczej skłaniam się na utrzymywaniu przynęty w toni, za pomocą mniejszych pływaków, które dodatkowo łatwiej wejdą do „dzioba” tego żarłoka (zdjęcie poniżej). Kolorystycznie najbardziej sprawdzone są wszelkie odcienie fluo, seledynu czerwieni i pomarańczy. W czasie słonecznej pogody, dobrze działają pływaki w kolorze srebrnym, które refleksują promienie słoneczne, dodatkowo „kłując” naszego “bociana” w oczy.

„Belonowe pikusie” czyli pływaki. Nie zawsze duże znaczy lepiej. Często elementy subtelniejsze, będą efektywniejsze i łatwiej przejdą w głąb wąskiego i głodnego „dzioba”. Dominują kolory drażniące oczy.

Dysponując dwoma wędkami, zawsze stosuję dwa różne zestawy, także z różnymi pływakami, dopasowane do charakterystyki dna oraz głębokości. Umieszczam je w zupełnie dwóch rożnych miejscach łowiska. Oceniam, na który w danym dniu są lepsze brania.

Drugi z klasycznych zestawów na który często łowię – bardzo efektywny – ale z jednym trokiem (przyponem) prezentuje poniższa rycina nr. 2. Trok boczny może mieć długość nawet do 250 – 300 cm. Zestaw jest naprawdę prosty w budowie i nie powinien sprawić Wam większego problemu z przygotowaniem. W przypadku, gdy zastosujecie wędki, o długości około 3-3.5 metra może być problem z zarzutem, więc nie silcie się w takim przypadku na zbytnie wydłużanie troka. Nas początek, spróbujcie z długością maksymalnie 80-120cm. Też będzie dobrze. Jak to się mawia: “piersze koty\belony za płoty”. W tym zestawie w zasadzie nie ma co sie plątać. Jeżeli – na początek- trok boczny nie będzie zbyt długi, a zestaw zarzucicie sprawnie do wody, to już połowa sukcesu. W przypadku zestawu o długości 2,5-3 metrów trzeba się nim nauczyć zarzucać, bo nie jest to takie proste.

Autorski zestaw Arkadiusza Kąkola

Dzięki uprzejmości Arkadiusza Kąkola, jednego z najbardziej doświadczonych wędkarzy plażowych w Polsce, uczestnika Mistrzostw Świata we Francji oraz wielokrotnie nagradzanego uczestnika zawodów polskich i zagranicznych, prezentujemy sprawdzony i autorski zestaw Arka na belonę. Zestaw dotychczas nie by nigdzie publikowany, ale z wiarygodnych źródeł wiemy, że był kopiowany, modyfikowany i jest używany przez wielu wędkarzy oraz zawodników surfcastingowych w Polsce. Arek do budowy głównej cześć zestawu, używa żyłki o średnicy 0.50mm. Reszta elementów oraz całą koncepcja jest widoczna na schemacie, narysowanym piórem Arka. Myślę, że będzie okazja do wspólnego spotkania z Arkiem w tym roku na plaży i omówienia szczegółów budowy tego zestawu.

Bocianie menu

W menu tego bałtyckiego drapieżnika króluje mięsko. W zasadzie w każdej postaci –  filecik (śledź, belona, szprot), kawałki lub całe rybki (tubisy, dobijaki). Byleby świeże i ładnie zaprezentowane. Jest to sprawa kluczowa, o czym często zapominamy. Niechlujna prezentacja śmierdzącego śledzika, nie gwarantuje sukcesu. Przynęta musi być świeża, super jakości i do tego odpowiednio przytwierdzona do haczyka, najczęściej typu Aberdeen w rozmiarze nr 6. Zwykle używam przynęt z mrożonek przygotowanych na jesień. Jeżeli nie macie mrożonek, w maju najłatwiej będzie o świeżego śledzia, którego dostaniecie w każdym nadmorskim sklepie rybnym w okolicach portów.

Przynętę zazwyczaj „gumkujemy” przy użyciu elastycznej, rozciągliwej nici tak, aby nie spadła w czasie rzutu i wytrzymała degustację, przez setki drobnych ząbków „dzioba bociana”. Są wyjątkowo ostre i nie wybaczają naszych błędów. Kawałek przynęty na haczyku, nie może być zbyt wielki, bowiem nie przejdzie przez wąski dziób bociana. Jeżeli ma być duży, to powinien być wąski, ale nie szeroki. Belonie łatwiej będzie łyknąć wąską rybkę, ale nie szerokiego burgera śledziowego.

Fragment fileta z belony, który widzicie na powyższym zdjęciu – po gumkowaniu – pomniejszam na tyle na ile jest to możliwe, za pomocą nożyczek. Jeżeli chcecie więcej poczytać o bałtyckich porzynętach zapraszam do lektury 9 części poradnika surfmaniaka.

https://www.polskaszkolasurfcastingu.pl/category/poradnik/czesc-9

Jak widać na jednym z poniższych zdjęć, w degustacji sporych rybek, nie przeszkadza długi i cienki dziób. Ja z reguły jednak zakładam na haczyki kawałki tubisów, które dzielę na 3-4 części. Jednak moim ulubionym patentem i przynętowym „killerem” zamiast tubisa lub śledzia…jest cienki paseczek fileta z… samej belony. Najlepiej tej świeżej. Mam też kilka ulubionych przynętowych trików, ale zostawię je na inną okazję.

Surfing na fali

Nie wiem czy wiecie, ale „bałtycki bocian” świetnie surfuje na szczycie fal. Jak się o tym przekonać? Po braniu – które widać w spektakularny sposób na szczytówkach – pozwólcie rybie powalczyć, podnosząc ją szczytówką skierowaną do góry, w górne partie wody. Przy falowaniu, niejednokrotnie zobaczycie belonę wyskakującą na szczycie fal. Nie pozostaje wtedy nic innego, jak pozwolić na surfing, a rybka wpadnie wyślizgiem na bałtycki piasek szybciej, niż zdążycie się zorientować. Przy okazji zaoszczędzicie sobie sił, a przede wszystkim rybie męki, związanej z siłowym holem. Trzeba się tylko szybko uwijać się ze zwijaniem linki. Wtedy łatwiej rybę w dobrej kondycji  wyhaczyć i uwolnić.

Nie ukrywam, że łowienie belon na morską gruntówkę jest spektakularne i widowiskowe zarazem. A jeżeli jeszcze w doborowym towarzystwie, czegóż pragnąć więcej? Wspólne łowienie belon, to najlepsza motywacja do spotkania na plaży, nawet dla płci pięknej, która zawsze chętnie aktywnie uczestniczy, w wydawałoby się typowo “męskich” zmaganiach. Emocje każdorazowo towarzyszące łowieniu tych pięknych i walecznych ryb, są wręcz nie do opisania. Musicie sami poczuć bałtycką bryzę i zobaczyć to na własne oczy. Jeżeli spróbujecie, obiecuję, że “wpadniecie jak śliwka a w kompot”.


W drugiej części, omówię inne metody połowu tej wyjątkowo sportowej, bałtyckiej ryby. Zapraszam serdecznie do lektury i jak najczęstszych wizyt na bałtyckiej plaży.

Po kilku pobytach na plaży, nie zapomnijcie wymienić zestawy na te nowe. Hol belony zawsze je znacznie nadwyręża. Zestawy tracą swoje właściwości, skręcają się, nie mówiąc o ostrości haczyków, która jest w tym wypadku kluczowa

opr. Andrzej Jaw Esox

Proudly powered by WordPress

Podsumowanie 2022 w obiektywie Polskiej Szkoły Surfcastingu

Czy chcecie zobaczyć cały 2022 rok w kalejdoskopie Polskiej Szkoły surfcastingu?

Jeżeli tak to zapraszamy na nasz profil YT (link poniżej), gdzie znajdziecie filmowe podsumowanie mijającego roku.

Czy będziemy za nim tęsknić? No coż. Czas pokaże? Niemniej pozytywnych emocji nie brakowało, co widać na filmie, na którym udało się umieścić zaledwie garść materiałów.

W nowy 2023 Rok, wchodzimy z bagażem nowych znajomości, doświadczeń i planów, które mamy nadzieję – uda się zrealizować wspólnie. Życzymy wszystkim sympatykom i przyjaciołom taaakiej ryby i Do Siego 2023 Roku.Pozdrawiamy serdecznie i do zobaczenia na plaży!!

Bałtyckie, wrześniowe złoto

Na sam koniec swojego urlopu postanawiam sprawdzić co dzieje się na mojej przydomowej plaży.

Tego dnia już od samego rana miałem ‘wczutkę’, wszystko składało się w spójną całość – przyszło ochłodzenie, niebo było w pełni zachmurzone i powoli wzmagał się północny wiatr, a razem z nim falowanie. Leszcze to lubią. Mam wrażenie, że wyczekiwały tej zmiany pogody tak samo mocno, jak ja.

Na bałtyckiej plaży nie było mnie prawie dwa miesiące, co miało związek z trwającym sezonem wakacyjnym. Po prostu łowienie w tłumie nie sprawia mi przyjemności, dlatego dałem sobie odpocząć i spokojnie wyczekiwałem schyłku lata.

Nad wodą pojawiam się około godziny 17, nie spieszyłem się. Wiedziałem, że jeżeli ma się coś wydarzyć, to godzina nie będzie miała znaczenia.

Miejsce losowe, blisko zejścia, trudne technicznie. Przy samym brzegu jest duże wypłycenie sięgające kilkanaście metrów w głąb morza, po którym przewalają się fale przyboju.

Od jakiegoś czasu staram się wychodzić ze swojej strefy komfortu na prywatnych wypadach i łowić w niewygodnych miejscach. Procentuje to później w trakcie połowów, zwłaszcza na zawodach, gdzie liczy się zlądowanie każdej zaciętej ryby.Po rozłożeniu wędek szybko typuje miejsce do położenia zestawów.

Rewa jest blisko, nie dalej niż 80 metrów od brzegu.

Pomiędzy nią a brzegiem jest kocioł, za nią spokojne morze. Zestawy kładę w pianie na wewnętrznym stoku rewy. Wiem, że leszcze lubią takie miejsca.

Po kilku minutach przerzucam zestawy, żeby nie spalić dnia rybą z pierwszego rzutu.

Na branie nie musiałem długo czekać, chwilę po przerzuceniu zestawów na plaży ląduje pierwszego leszcza. Po jego wyglądzie i kondycji wiem, że ryby pomału zaczynają już czuć zbliżającą się jesień.

Od tego momentu zaczyna się prawdziwa zabawa, notuję branie za braniem. Łącznie wyciągam 13 leszczy i 3 spinam na wypłyceniu pod nogami.

Największy leszcz tego dnia ma ponad 65 cm. Oprócz tego mam kilka pustych brań, głównie w trakcie holi ryb na drugim kiju.

Pomimo przeczucia, że coś się zadzieje, nie sądziłem, że będzie aż tak dobrze. Po 3 godzinach kończę, ryby wraz z szarówką znikają, za to wraz z rosnącą cały czas falą pojawia się duża ilość zielska.

Myślę, że Bałtyk po przerwie przywitał mnie w najlepszy, możliwy sposób. Spełniony i wyłowiony wracam do domu.

opracował. Michał Abramczuk

Dodatkowych materiałów, filmów, ciekawostek, szukajcie na naszych mediach społecznościowych i kanale YT klikając poniższe ikony.

Wypad nad Adriatyk – “nic tylko jeździć i łowić!!”

Przy okazji tegorocznych wakacji w Dolomitach udało mi się wygospodarować dwa dni na krótki wypad nad Adriatyk.

Od samego początku pomysł ten wiązał się z różnego rodzaju przeciwnościami, m.in. z brakiem miejsca na wędki i sztyce w aucie, czy (jak się później okazało) dosyć wymagającą trasą przez góry. Na szczęście dla chcącego nic trudnego i finalnie udało mi się powędkować z włoskiej plaży.

Proces przygotowawczy rozpocząłem od wybrania palcem na mapie (dosłownie) miejscówki. Wybór padł na plaże w miejscowości Lignano.

Po upewnieniu się, że w okolicy znajduje się sklep wędkarski, wziąłem się za teorię. Co się aktualnie łowi, na jakie zestawy i na jakie przynęty. W dobie internetu i przy odrobinie chęci można zebrać naprawdę wiele cennych informacji, które zaprocentują później w postaci wyników w trakcie połowów.Teraz kiedy byłem już odpowiednio nakręcony, musiałem rozwiązać problem spakowania wędek i sztyc do samochodu. Z pomocą przyszły mi pasy do transportu wędzisk pod sufitem auta nabyte, jakiś czas temu na pewnym portalu oferującym produkty wszelakie z Chin i muszę przyznać, że spisały się świetnie. Z pozostałą częścią ekwipunku nie było już problemu, kołowrotki, pare ciężarków, kilka gotowych body do zestawów i materiały do przewiązania przyponów zmieściły mi się w jednej torbie, która była jednocześnie… lodówką na przynęty. Minimalizm w czystej postaci.

Moment wyjazdu nad Adriatyk nadszedł bardzo szybko. Z jednej strony mocno go wyczekiwałem, a z drugiej zwiastował szybko nadchodzący koniec wspaniałego urlopu. Trasa, którą miałem do pokonania wynosiła trochę ponad 200 kilometrów, z czego jedna połowa wiodła przez góry, w tym szczyty, a druga po autostradzie. Łączny czas potrzebny na jej przebycie wynosił niecałe 4 godziny, z czego tylko godzina była potrzebna na przejechanie odcinka autostradowego. Odcinek górski był wyjątkowo wymagający, tak samo dla mnie, jak i mojego samochodu, ale widoki po drodze wynagradzały wszystko.

Wyjeżdżam w poniedziałek rano i o 11.00 docieram na miejsce, punkt docelowy to wbity w nawigację lokalny sklep wędkarski. Właściciel bez problemu porozumiewa się po angielsku i bez wahania wskazuje mi na mapie plaże, które warto w tym okresie odwiedzić. I tutaj pojawiają się pierwsze schody.

W związku z trwającym w pełni sezonem turystycznym obowiązuje zakaz wędkowania z plaż na otwartym morzu w godzinach od 8 do 19, ale za to bez ograniczeń można wędkować w lagunie. To zaburza cały mój ambitny plan na wędkowanie ‘do bólu’ przez najbliższe dwie doby. Kolejnym problemem jest brak bibi i razorów, które mają pojawić się w sklepie dopiero następnego dnia rano. Na miejscu są tylko robaki koreano i mrożone kalmary – biorę dwa opakowania tych pierwszych i paczkę drugich i wiedząc, że mam jeszcze sporo czasu do 19 ruszam na zwiedzanie samego Lignano.

Na plaży pojawiam się około godziny 15, gdzie od razu robię rekonesans organoleptyczny. Plaże na otwartym morzu od tych przy lagunie oddziela molo z małą latarnią na jego końcu. Od strony laguny od razu zauważam wędkarzy stojących jakieś 30 metrów od brzegu po pas w wodzie z wędkami na sztycach wbitymi w morskie dno.

Pierwsze co rzuca mi się w oczy to sprzęt, którym łowią. Były to mocniejsze feedery z kołowrotkami w rozmiarze 5-6 tysięcy, każdy ma też podbierak. Nie zastanawiając się długo, rozkładam jedną wędkę i rozpoczynam wędkowanie. Odpuszczam sobie jednak wchodzenie do wody i bez problemu dorzucam z brzegu na odległość, na jakiej miejscowi lokują swoje zestawy. Przez niecałą godzinę nie wydarza się nic ani u mnie, ani u “lokalsów”. Szybko dochodzę też do wniosku, że to nie moja bajka, więc kończę łowienie i przenoszę się na część plaży po stronie otwartego morza.

Plaża po tej stronie fary (po włosku latarni, która akurat w tym przypadku jest granicą pomiędzy laguną a otwartym morzem) podzielona jest przez kamienne opaski na nieduże sekcje. Wybieram najbardziej obiecującą w mojej ocenie klatkę i zaczynam odliczać czas, jaki pozostał do godziny 19.Łowienie rozpoczynam dopiero przed godziną 20, bo dopiero o tej porze plaża i co istotniejsze, kąpielisko pustoszeje.

Od pierwszych minut zaczynam notować brania i lądować pierwsze ryby na brzegu. Dominują dorady, a pomiędzy nimi pojawiają się pojedyncze mormory. Wielkości sportowe i z biegiem czasu malejące, ale to, co muszę oddać tym rybom to ich waleczność. Mormora w rozmiarze +/- 25cm na przyponie 0,16 potrafiło mi już delikatnie zagrać na hamulcu, tak samo podobnych rozmiarów dorada.

W kwestii sprzętu to do tematu podszedłem w mocno filigranowy sposób, ciężarki o gramaturze 80g, długie, ponad metrowe przypony z cieniutkiego fluorocarbonu oraz haczyki w rozmiarze 6-7 do koreano i 4 do kalmarów.

Ryby odławiałem zarówno spod nóg, jak i z dalszego dystansu, a dominującą przynętą był koreano. Na kalmara nie miałem nawet brania, ale to stosunkowo selektywna przynęta.

O 22 wzmaga się wiatr, a brania ustają, więc kończę łowienie i wycieńczony po upalnym dniu udaję się spać do samochodu.

Na plaży pojawiam się następnego dnia o 5 rano, spałem w samochodzie zaparkowanym kilkadziesiąt metrów od plaży, dlatego 15 min po budziku zarzucałem już pierwszy zestaw do wody. Zaczęło się super, z pierwszych rzutów ląduję doradę i mormorę i… to by było na tyle.

Zaliczam mocny falstart, kilkanaście minut od rozpoczęcia wędkowania wzdłuż plaży w kierunku laguny zaczyna płynąć ogromna ilość trawy morskiej. Ma to związek ze zbliżającym się szczytem przypływu. Pływy na Adriatyku, przynajmniej w jego północnej części, występują i są całkiem dobrze zauważalne. Nie trzeba uciekać, nie wiadomo ile metrów do tyłu, przed napływającą wodą, ale jej napór jest dobrze widoczny.

Czas ucieka, o 8 trzeba kończyć wędkowanie, więc zaczynam zagęszczać ruchy, przyjmuje tempo zawodnicze. Zestaw w wodzie utrzymuje się tylko kilka minut, a pod nogami mam coraz mniej piasku i coraz więcej trawy. Walczę do samego końca, ale od momentu, w którym zaczyna płynąć trawa, nie łowię już żadnej ryby.

Od kolejnego okienka połowowego dzieli mnie 11 godzin, więc podejmuję decyzję o powrocie do miejsca wypoczynku w górach. Chętnie bym został na dogrywkę, ale zdrowy rozsądek zwycięża. Nie chciałem wracać późną nocą przez góry, zwłaszcza po całym dniu na rozgrzanej słońcem plaży.

W drodze powrotnej zajechałem jeszcze do sklepu podziękować właścicielowi za wskazanie mi fajnego miejsca do wędkowania. Facet bardzo się ucieszył, że udało mi się złowić kilkanaście ryb. Byłem też świadkiem popularności bibi, które dopiero co przyjechało – kolejka kończyła się poza sklepem.

Na odchodne właściciel powiedział mi, że przyjechałem o kilka dni za szybko, bo sensowniejsze ryby zaczyna się w tym rejonie łowić dopiero na początku września i miał rację, bo widzę co tamtejsi wędkarze, zaczęli wrzucać w ostatnich dniach na lokalną grupę na FB. Ale nic nie szkodzi, główny cel został osiągnięty – dotarłem, złowiłem zupełnie nowe dla mnie gatunki i zdobyłem to, co dla mnie w tym wszystkim najcenniejsze, nowe doświadczenie.

Na koniec chciałbym też pochwalić Włochy, przynajmniej ten rejon, jeżeli chodzi o podejście do plażowiczów. Bez problemu można znaleźć darmowe miejsce postojowe niedaleko plaży, same plaże są czyste, co kawałek są prysznice i toalety. Nic tylko jeździć i łowić!

opr. Michał Abramczuk

Dodatkowych materiałów, filmów, ciekawostek, szukajcie na naszych mediach społecznościowych i kanale YT klikając poniższe ikony.

Kadra plażowa Polskiego Związku Wędkarskiego na MŚ w LaTremblade, Francja 2021 – okiem sztabu trenerskiego. Część druga

Przedstawiamy kolejną, drugą część relacji sztabu trenerskiego, z plażowych Mistrzostw Świata we Francji z okolic LaTrembalde 2021

Oficjalny trening

Od poniedziałkowego poranka poruszenie i przygotowania do treningu. Łowimy od godziny 10:00-14:00 na plaży La Pointe Espagnolle. Stanowiska znajdują się w prawo w kierunku kierunku plaży L’Embellie. Okazuje się, że skrajne stanowiska po prawej stronie obejmują miejsca, na których łowiliśmy pierwszego popołudnia, po przyjeździe.

Trening – w odróżnieniu od pozostałych dni zawodów – odbywa się w zupełnie innych warunkach pływu, w porównaniu z zawodami. Łowimy bowiem na odpływie. Z uwagi na ograniczenia czasowe nie trenowaliśmy tego elementu, więc nie zakładamy super wyniku.

Zadaniem dla każdego z zawodników, będzie dogranie wszystkich szczegółów technicznych, w tym min. organizacji wszystkich elementów składowych stanowiska tak, aby wszystko zagrało przed jutrzejszą pierwszą turą.

Nasz świetnie prezentujący się DREAM TEAM na plaży La Pointe Espagnole

Trening – w odróżnieniu od pozostałych dni zawodów – odbywa się w zupełnie innych warunkach pływu, w porównaniu z zawodami. Łowimy bowiem na odpływie. Z uwagi na ograniczenia czasowe nie trenowaliśmy tego elementu, więc nie zakładamy super wyniku.

Widok na plażę La Pointe Espagnole

Zadaniem dla każdego z zawodników, będzie dogranie wszystkich szczegółów technicznych, w tym min. organizacji wszystkich elementów składowych stanowiska tak, aby wszystko zagrało przed jutrzejszą pierwszą turą.

Arek Kąkol w przygotowaniach do oficjalnego treningu

Ku naszemu zaskoczeniu, wszystkie ekipy, potraktowały trening wyjątkowo poważnie. Nie tak jak bywa zazwyczaj, tak żeby zmylić rywali. Miał być pokaz siły. I był. Zwłaszcza Holendrów, którzy nie ukrywają w rozmowie z nami, że przyjechali tutaj po tytuł Mistrzów Świata. Mają w swojej ekipie przecież aktualnego Mistrza Świata, który łowi na stanowisku obok Arka Kąkola.

Michał Abramczuk złowił w czasie oficjalnego treningu cztery mulety i zajął ósme miejsce w sektorze.

Osiem osób z całej startującej stawki, nie łowi w tej turze ryby. Siedmiu zawodników łowi jedną rybę. Generalnie ilość złowionych ryb nie rzuca na kolana, ale w sumie nie dziwi to, z uwagi na czas pływu, w którym łowimy.

Marcin Kulczyk złowił dwie ryby, co okazało się niezłym wynikiem, bowiem pozwoliło zająć szóste miejsce w sektorze

Trening kończymy na dziesiątym miejscu z siedmioma złowionymi rybami. Nie ma zaskoczenia – zdobywamy 1519 punktów. Oficjalny trening zwyciężają Holendrzy z 24 rybami.

Paweł Przewrocki analizujący dokładnie swoje stanowisko przed rozpoczęciem zawodów
Grzesiu Krężel zajął siódme miejsce w sektorze łowiąc dwie niemiarowe ryby

Najlepsze miejsce w oficjalnym treningu zajął Marcin Kulczyk, który złowił 2 ryby i „wykręcił” szóstkę sektorową z 244 punktami, podczas gdy, dla przykładu – Michał Abramczuk- który złowił 4 ryby dające 1040 punktów, zajmuje ósme miejsce sektorowe. To pokazuje spore różnice sektorowe, a także spore różnice w jakości stanowisk, które były dosyć zauważalne podczas oficjalnego treningu. Niemniej, nie wyciągamy na tym etapie z tego faktu zbyt daleko idących wniosków.

Warto wspomnieć o tym, że pogoda była dosyć sprzyjająca – wiał lekki wiaterek – który zmieniał często kierunek – oraz świeciło słońce, ale nie było typowej „lampy”.

Po powrocie do hotelu – tak jak każdego dnia – dyskutujemy, podsumowujemy dzień, wyciągami wnioski i planujmy strategię na dzień następny. Głównie w kwestii dopasowania strategii do charakterystyki plaży, pogody, siły wiatru i spodziewanego falowania.

Po zakończeniu oficjalnego treningu czekała na nas taka oto niespodzianka....
O tym jaki wysiłek towarzyszył naszym zawodnikom w każdym dniu rywalizacji..mówi to wymowne zdjęcie..

Dzień pierwszy

Łowienie zaczynamy od godziny 9:00 na plaży La Bouverie. Koniec łowienia zaplanowany na godzinę 13:00. Największa fala przypływu około godz. 11:28, więc będziemy łowili dwie i pół godziny na napływającej i półtorej godziny na wodzie stojąco – odpływającej.

Na plażę docieramy o brzasku bowiem tura zaczyna się dzisiaj wcześnie

To jest plaża, którą nie do końca – wydaje się – „rozgryźliśmy” i w naszej ocenie wydaje się najcięższa do łowienia, z uwagi na duże zróżnicowanie stanowisk. Będziemy łowić na niej dwukrotnie i to wydaje nam się dodatkowo bardzo dziwne, skoro do wyboru są inne plaże. Plaża z pozoru wygląda na płaską, a jednak jest wyjątkowo różnorodna i każde stanowisko różni się znacznie od innego.

Plaża La Bouverie, na której rozegrano aż dwie tury Mistrzostw Świata

W związku z tym – tak jak zwykle przed rozpoczęciem każdej z tur – analizujemy i „rozbieramy” każde ze stanowisk na części pierwsze, nakreślając z zawodnikami osobną strategię, w zależności od tego, co zastajemy na każdym z wylosowanych stanowisk.

 W związku z tym, na parkingu trzeba być co najmniej dwie godziny przed startem tury, dzięki „wspaniałej” organizacji, na skrajne stanowiska, trzeba iść nawet cztery\pięć kilometrów przez wydmy i plażę. A do tego trzeba mieć jeszcze czas, żeby dokładnie zanalizować każde ze stanowisk. Zaś zawodnicy, muszą mieć czas na to, żeby dojść na stanowiska i odpowiednio się przygotować. Tak więc, trzeba się uwijać naprawdę bardzo sprawnie.

Dojście na sektory to naprawdę mordęga. Organizatorzy dodatkowo – z niewiadomego powodu – umieszczają stanowiska kobiet, po tej samej stronie co mężczyzn, więc trzeba przejść najpierw wszystkie sektory Pań…..żeby dotrzeć do pierwszych stanowisk męskich. Zazwyczaj stanowiska kobiet znajdują się na oddzielnych plażach lub też po innej ze stron, na których umieszcza się sektory mężczyzn.

Nasi Kadrowicze przed rozpoczęciem pierwszej tury Mistrzostw Świata

Po rozpoczęciu każdej z tur, na bieżąco kontaktujemy się z zawodnikami i korygujemy – w miarę potrzeby – strategię. Mamy do dyspozycji radiotelefony, które bardzo ułatwiają pracę i przekazywanie informacji o tym, co się dzieje na stanowiskach i jak radzą sobie nasi rywale. Po każdej godzinie – zaraz po tym jak na tablicach sektorowych pojawiają się wyniki – przekazujemy je zawodnikom tak, aby każdy wiedział jaka jest sytuacja. Jest nas w sumie trzech, więc każdy z zawodników ma większość czasu kogoś za plecami tak, aby coś skorygować, podpowiedzieć.

Sztab trenerski zespołów sprawdza wyniki sektorowe, które pojawiają się na tablicach po każdej pełnej godzinie łowienia

Pierwsza tura okazała się wyjątkowo loteryjna. Złowienie dużej punktowanej ryby, winduje do czołówki. Nam niestety tego zabrakło, niemniej punktami za złowione ryby pokonujemy Greków, a liczbą złowionych ryb Greków i Holendrów! Mimo wszystko – z uwagi na zajęte miejsca sektorowe poszczególnych zawodników i metody punktacji – lądujemy na końcu stawki. Trzech z naszych zawodników zajmuje siódme miejsce w sektorze (Marcin Kulczyk, Arek Kąkol i Paweł Przewrocki). Grzegorz Krężel jest ósmy, a Michał Abramczuk dziewiąty.

Dla przykładu, ekipa Francji, która łowi tylko trzy ryby więcej od nas, zdobywa 3376 punktów podczas gdy my, z 1775 punktami jesteśmy na końcu stawki. Widać, że zabrakło dzisiaj szczęścia w złowieniu większej jednej lub nawet dwóch ryb – tzw. „bonus fish”, które dałyby sporo punktów. Taką byłby np. ponad trzydziestopięciocentymetrowy bar mouchete (odmiana basa), który daje około 500 punktów.

Jak zwykle wieczorem zebranie w celu omówienia spostrzeżeń, wniosków, podsumowanie i określenie strategii na dzień następny.

Michał i Paweł "odparowują" emocje pierwszej tury
W czasie kiedy nasi Kadrowicze odpoczywają sztab trenerski uczestniczy - jak codziennie - w spotkaniu kapitanów 

Dzień drugi

Łowimy na Plage du Phare. Plażę „czytamy” całkiem nieźle, choć tak jak inne jest wyjątkowo ciężka i bardzo zróżnicowana. Tym razem łowimy po lewej stronie, w porównaniu do oficjalnego treningu, ale – tu znowu niespodzianka – gospodarze przesuwają początek stanowisk parę kilometrów w lewo. Znowu poza spodziewany obszar przewidziany na trening i zawody. No cóż. Pozostaje zacisnąć zęby i pchać wózki w miękkim piasku.

Na parkingu przed drugą turą....

Stanowiska kobiet, znowu znajdują się po tej samej stronie co mężczyzn. Turę rozpoczynamy o godzinie 10:00, ze szczytem pływu o godzinie 13:07. Warunki dosyć podobne do wczorajszych, ale nie jest tak słonecznie.

Piękna i urozmaicona Plage du Phare była naszą ulubiona plażą

Od początku tury widać, że brak słońca wpływa na żerowanie ryb. Dzieje się! Zawodnicy uwijają się jak w ukropie. Widać, że niektóre sektory są zdecydowanie lepsze i złowienie ponad 20 ryb w turze (ba! nawet w pierwszych sześćdziesięciu minutach!) na najlepszych sektorach, staje się niemal regułą.

Dzień kończymy na ósmym miejscu w klasyfikacji dnia, pokonując Chorwację i Niemcy i łowiąc 61 ryb (10778 punktów), w tym parę sporych blisko czterdziestocentymetrowych okazów Bar mouchete. Widać, że jak ryby są, to potrafimy je łowić, ale biorąc pod uwagę ilość ryb złowionych przez każdą z ekip widać, że musimy łowić więcej ryb – czyli potrzebny jest większy automatyzm, a przede wszystkim powtarzalność.

Dwie trzecie naszego sztabu trenerskiego - drugi i trzeci trener - Piotr Badełek oraz Stanisław Szymański. Przed rozpoczęciem drugiej tury zawodów

Paweł Przewrocki, „wykręca” piątkę sektorową z dwudziestoma rybami i plasuje się na dwudziestej pierwszej pozycji w klasyfikacji dnia. Pod względem zdobytych punktów – 4328 – jest w pierwszej dziesiątce dnia. Pozostali zawodnicy: Michał (32 miejsce i 9 ryb), Grzegorz (34 miejsce i 14 ryb), Arek (40 miejsce i 11 ryb) oraz Marcin (50 miejsce i 7 ryb).

Wszystko zadziałało dzisiaj – jak na nasze możliwości – jak należy. Zestawy, strategia, prezentacja przynęt, lokalizacja ryby. Oczywiście czytanie wody i lokalizacja ryb – tak inna na każdym stanowisku – nastręcza nam największych problemów. Zwłaszcza na szczycie fali napływu, podczas którego brania z reguły ustają.

Na głębokich stanowiskach szukamy ryb w odległości „rzutu beretem”. Zestawy lądują na początek do 5-6 metrowego dołka pod nogami, gdzie – w wielu przypadkach – uciąg nie pozwala utrzymać piramid 175g.

Jeżeli nie ma ryby pod nogami, trzeba być wszechstronnym i sięgać na lub pod sandbar, w poszukiwaniu „bonus fish” na odległość 100-120 metrów.

Płytkie stanowiska na szczycie napływu są dosyć himeryczne i można po prostu nie trafić w rybę. Albo mieć szczęście i wyjąć dużego basa z piany, który „załatwi” sprawę.

Odpływająca w ostatniej godzinie woda generuje więcej brań i zdarza się, że dublet dużych basów wyjęty na minutę przed końcem rundy, daje miejsce w samej czołówce. Tak ,jak się to zdarza w tej turze, jednemu z łowiących obok nas, Holendrów.

Po zawodach czekamy z niecierpliwością na trzeci dzień. Skoro udało się połowić tak dobrze dzisiaj widać, że możemy powalczyć? Z nadziejami – po zespołowej odprawie – czekamy na dzień następny.

Nasi Panowie zbroją się przed drugą turą

Dzień trzeci

Dzisiaj łowimy w godzinach 11:00 do 15:00, ze szczytem pływu o godzinie 14:30. Organizatorzy zreflektowali się wreszcie i zorganizowali transport sprzętu, na dwa najbardziej odległe stanowiska plaży La Pointe Espagnole , na której dzisiaj łowimy.

Nasz zespół w pełnym składzie bezpośrednio przed wyruszeniem na trzecią turę Mistrzostw Świata

Organizatorzy znowu zrobili nam niespodziankę i posadowili wszystkie stanowiska po odległej, lewej stronie przepięknej latarni morskiej…….podczas gdy obszar do łowienia, miał się znajdować po prawej stronie…… Przypadek? Jednak znów trzeba przejść poprzez wszystkie stanowiska kobiet……dobrze, bo można trochę porozmawiać i pomóc niektórym paniom w „taszczeniu” sprzętu. Można nawiązać nowe znajomości, a w drodze powrotnej po zawodach zawsze porozmawiać o wrażeniach.

Przyjacielskie rozmowy z naszymi kolegami z innych zespołów towarzyszyły nam każdego dnia
Drugi trener Piotr Badełek z Marcinem Kulczykiem, który w dniu dzisiejszym pełni zadania trzeciego Trenera
Kilka ujęć przepięknej La Pointe Espagnole
Michał Abramczuk rozkłada na czynniki pierwsze swoje stanowisko..
Arek Kąkol gotowy do walki
Stanisław Szymański szykuje się do walki w trzeciej rundzie

Od początku tury jest spora „lampa”… i ryb jak na lekarstwo. Dodając wyjątkowo zróżnicowane stanowiska, zapowiada się niezły rollercoaster.

Już od początku rundy wiemy, że nie będzie dzisiaj trzech godzin liczenia ryb, podczas „captain meeting” jak to było w dniu wczorajszym i swobodnie godzinka wystarczy.

W loteriadzie trzeciego dnia niestety nie byliśmy najlepsi i w klasyfikacji dnia „robimy” dziesiątkę.

Pocieszające jest to, że Stasiu Szymański, z którym na stanowisku spędziłem „bite” cztery godziny (i zrobiłem notabene ponad 20 tysięcy kroków!) trafił dobrze i „wykręcił” sektorową piątkę. Wiem, że mógł zrobić więcej, ale zabrakło trochę lepszej koordynacji, tempa w pierwszej godzinie oraz zasięgu rzutu na ostatnią godzinę, gdzie małych basów trzeba było szukać na odległym sandbarze. Włoch i Grek którzy łowią obok nas, sięgają dalej i po 3 godzinach, podczas gdy byliśmy na drugiej pozycji w sektorze, spadamy na piąte. Nieźle, ale niedosyt pozostaje.

Niemniej Stanisław dał z siebie wszystko i wytrzymał moje komentarze z nadawaniem tempa. Dopiero po zawodach …przyznał się, że może go naciskałem……trochę za mocno. No jak tu nie naciskać, skoro w pierwszym celowanym rzucie, łowi triplet muletów. W następnym rzucie triplet..z czego jeden spada w czasie holu. Po 20 minutach mamy pięć ryb i prowadzimy w sektorze. Po pierwszej godzinie przegrywamy tylko z zawodnikiem z Włoch – łowiącym obok nas – który złowił siedem muletów.

Wiemy dokładnie, gdzie jest ryba. Nie wiemy tylko jak długo się tam utrzyma. Podejrzewamy, że będzie to kilkanaście- kilkadziesiąt minut, zanim poziom napływającej wody się zwiększy. Mulety przebywają pod nawisem sandbaru, który położony jest około 80 metrów od brzegu. Woda z sandbaru, wpada jak wlewka wodospadu, a pod nią znajdują się żerujące ryby. Trzeba zarzucić zestaw na sandbar i potem lekko – bezszelestnie wprowadzić go pod nawis w dołek tak, aby nie wystraszyć płochliwych ryb.

To było 45 minut aktywnego żerowania ryb, które potem znikają na ponad dwie godziny. To co trzeba zrobić każdorazowo w takiej sytuacji, to wykorzystać okazję, bo następna może się już nie trafić do końca rundy. Taki jest Atlantyk. Takie jest zawodnicze wędkarstwo plażowe. Dokładnie wiedzieliśmy, gdzie są ryby. Jeżeli potkniesz się choćby na chwilę, szansa na dobry wynik wymyka się w okamgnieniu.

Tak więc bycie dobrym wędkarzem plażowym, to – spośród wielu innych składowych – umiejętne wykorzystanie kilku lub kilkunastu minut pływu, w którym woda stwarza na tyle dobre warunki dla ryb, że zatrzymują się one w miejscach żerowania na chwilę, a ty musisz to miejsce i zlokalizować, rzucić zestaw, często bezszelestnie i punktować. Punktować – w miarę możliwości – regularnie.

Jeżeli ktoś myśli, że jest to sprawa prosta to grubo się myli, bo ilość składowych jest tak ogromna, że nie wystarczy wrzucenie zestawu do wody i czekanie. Tu trzeba dokonywać analizy i podejmować decyzje z minuty na minutę i dopasować do aktualnie panujących warunków.

Po tak emocjonującej rundzie muszę ochłonąć. Przydałby się nervosol….na szczęście jest butelka dobrego schłodzonego wina, który po dotarciu do bazy koi wszelkie emocje.

Dla takich chwil na plaży warto ponieść ciężar stresu, przygotowań i odpowiedzialności za wynik całej drużyny, która w tym dniu też dała z siebie wszystko zostawiając krew, pot i łzy na plaży, bo nie poszło tak jak byśmy sobie tego życzyli. No cóż taki jest sport i trzeba to umieć zaakceptować. Trzeba też umieć trzeźwo spojrzeć na odległość i doświadczenie, które wciąż dzieli nas od najlepszych ekip.

Arek Kąkol po dwóch godzinach miał na koncie dwie złowione ryby. 

W klasyfikacji dnia Stanisław zajmuje 20 miejsce z 587 punktami i siedmioma rybami. Arek zajmuje siódme miejsce w sektorze (500 punktów i 2 ryby), Michał ósme (79 punktów i dwie ryby), Grzegorz (376 i sześć ryb) a Paweł bez ryby po wylosowaniu stanowiska, na którym nie dało się w żaden sposób utrzymać zestawu dłużej niż kilka minut.

O tym jak przewrotne jest wędkarstwo plażowe niech świadczy fakt, że Belg, który łowił obok Pawła, złowił dwie ryby i skończył na czwartym miejscu w klasyfikacji dnia, zdobywając jedynkę sektorową.

W tym dniu łowimy 18 ryb (zdobywając tyle samo punktów sektorowych co Niemcy – 136), a więc więcej niż Grecy a także Francuzi którzy zajmują w klasyfikacji dnia czwarte miejsce. Słabe to pocieszenie, ale zabrakło nam jednej lub dwóch większych ryb. Na to niestety, nie da się przygotować strategii, która w stu procentach zadziała, więc trzeba liczyć na łut szczęścia, którego nam w tym dniu z pewnością zabrakło, patrząc na maksymalne wymiary złowionych w tej rundzie, pojedynczych, większych ryb.

Pierwszy trener Kadry PZW Andrzej Jaworek ze swoim podopiecznym po zakończeniu trzeciej tury

Dzień czwarty

Na zakończenie mistrzostw czeka na nas znowu plaża LaBouverie. Wszyscy odczuwamy już skutki tej wyczerpującej rywalizacji, ale jesteśmy na tyle zdeterminowani, żeby dać z siebie – podczas ostatniego dnia rywalizacji – wszystko.

Od rana świeci mocne słońce, co w parze z wyjątkowo wymagającą plażą i upałem nie wróży dobrze. Łowimy znowu poza obszarem, który przewidziany był przez organizatorów oryginalnie do łowienia. Na szczęście organizatorzy rozmieścili sektory Pań po lewej stronie od wyjścia, a męskie po prawej. Więc nie trzeba dzisiaj pokonywać, aż takich dużych odległości.

Sędziowie nie mieli dzisiaj zbyt wiele pracy

Od rana świeci mocne słońce, co w parze z wyjątkowo wymagającą plażą i upałem nie wróży dobrze. Łowimy znowu poza obszarem, który przewidziany był przez organizatorów oryginalnie do łowienia. Na szczęście organizatorzy rozmieścili sektory Pań po lewej stronie od wyjścia, a męskie po prawej. Więc nie trzeba dzisiaj pokonywać, aż takich dużych odległości.

Ostatnia runda okazałą sie wyjątkwo wymagająca - palące słońce spowodowało bardzo słabe żerowanie ryb.

Łowimy od godziny 11:00 do 15:00 ze szczytem pływu o godz.15:32. Na wszystkich stanowiskach widać bardzo duże zróżnicowanie oraz wyjątkowo małą ilość łowionych ryb. To jest zdaje się najgorszy dzień pod względem ilości złowionych ryb. Jest gorąco i niemiłosiernie pali słońce. I to zdaje się decyduje o słabych wynikach i dużej loteryjności.

 O dobrym wyniku decyduje dzisiaj jedna duża lub dwie, maksymalnie trzy ryby. Nawet gospodarze dzisiaj zerują. Z kolei w naszej ekipie pada tylko kilka ryb. Jeden większy bas pozwala Michałowi wskoczyć na piąte miejsce w sektorze z 323 punktami.

Nie wystarcza to jednak do przesunięcia się wyżej w generalnej klasyfikacji. Po zakończeniu tury wszyscy są „wymordowani”, ale każdy ma poczucie, że dał z siebie wszystko. Trzech z naszych zawodników nie łowi ryby, zaś Grzegorz z dwoma rybami i 148 punktami zajmuje ósme miejsce sektorowe.

Po zakończonej turze proszę każdego z zawodników, o krótki wywiad video „na gorąco” (wywiady znajdziecie na profilu FB Kadra PZW Surfcasting i FB Polskie Szkoły Surfcastingu). Zmęczone twarze naszych Kadrowiczów mówią same za siebie, ale w sztabie trenerskim wiemy dobrze, że nasi Panowie, dali z siebie naprawdę wszystko. Jesteśmy z tego niewątpliwie dumni i pewni, że doświadczenia, które zebraliśmy na atlantyckich plażach francuskiej La Tremblade, będą procentować w przyszłości.

Kadra PZW po zakończeniu ostatniej turzy Mistrzostw Świata

A o tym i o innych aspektach podsumowujących nasz udział w MŚ opowiemy w kolejnym docinku.

Andrzej Jaworek Trener Kadry PZW w wędkarstwie plażowym

Kadra plażowa PZW na MŚ w La Tremblade, Francja 2021 – okiem sztabu trenerskiego

CZĘŚĆ I

Na start

Kilkanaście miesięcy przygotowań, planowania oraz niemal cała doba podróży przez całą Europę, nad atlantyckie wybrzeże Francji, do miejscowości La Tremblade. Wszystko po to, aby zbliżyć nasz sport plażowy do poziomu światowego oraz zmierzyć się z najlepszymi ekipami na świecie. Przyjeżdżamy z doświadczeniami z wcześniejszych MŚ w Irlandii i Walii. Lekcje zostały odrobione, a my z nowym bagażem doświadczeń meldujemy się na miejscu. Zdajemy sobie jednak sprawę z odległości, która dzieli nas od najlepszych światowych ekip, które zawitały w La Tremblade.

Z uwagi na obostrzenia pandemiczne, na miejscu melduje się “tylko” dziesięć ekip, w tym najsilniejsze światowe potęgi wędkarstwa plażowego, w tym: Hiszpania, Portugalia, Włochy, Holandia, Belgia, Francja, a także Chorwacja, Niemcy oraz Grecja.

Naszej Kadrze – dzięki wsparciu otrzymanemu z Polskiego Związku Wędkarskiego – udało się dotrzeć do La Tremblade na tyle wcześnie, żeby zapoznać się przez kilka dni z wszystkimi łowiskami, które organizatorzy przygotowali na zawody. I właśnie o tym, będzie traktowała pierwsza część opracowania, które dla Was przygotowaliśmy.

Nasz świetnie prezentujący się DREAM TEAM na plaży La Pointe Espagnole

Plaża L’Embellie

Na plażę L’Embellie trafiamy – niejako przymusowo – w dniu naszego przyjazdu. Plany były inne, ale organizatorzy pokrzyżowali nam lekko szyki i opóźnili zakwaterowanie. Dodatkowo okazało się, że przynęty zamówione do treningu też będą później. Niemniej późnym popołudniem, meldujemy się na jednej z najtrudniejszych plaż, w momencie maksymalnego przypływu.

Zaskakuje nas spora liczba plażowiczów, która wymusza podzielenie zespołu na dwie grupy oddzielone od siebie ok 200-250 metrów. Jedna grupa, łowi na przyboju z wysokimi falami. Druga, niemalże na totalnej flaucie. Dwa światy i dwie strategie. Summa summarum – z łowienia wychodzimy na tarczy. Padają pierwsze ryby: basy, sola oraz mulet. Widać, że zestawy i taktyka działają. To, na co zwracamy od razu uwagę, to wyjątkowa różnorodność stanowisk, położonych przecież nie tak daleko od siebie. A także słabe żerowanie ryb, z uwagi na silne słońce.

Arek Kąkol z muletem złowionym na pierwszym treningu

Marcin Kulczyk - trzykrotny uczestnik MŚ w wędkarstwie plażowym - już w pierwszym treningu pokazał klasę

Plaża La Pointe Espagnole

Przepiękna plaża położona kilka kilometrów – za cyplem – na zachód od L’Embellie, to nasz cel na drugi dzień pobytu. Przejście na plażę z wyjątkowo ciężkim, morderczym podejściem. Tylko dla prawdziwych twardzieli, ale za to w przepięknej scenerii. Widziałem wiele plaż, ale ta rzuca na kolana. Mój trenerski nos podpowiada mi, że dzisiaj połowimy i nie mylę się.

W trakcie czterogodzinnej sesji łowimy sporo ryb. Różne odmiany basów (w tym głownie bar mouchete) oraz mulety.

Fale w szczycie pływu dochodzą do 1.5 metra, a różnica fali pływu to około 4 metry. Trzeba sprawnie poruszać się po plaży i umiejętnie zarządzać całym ekwipunkiem tak, aby się nie pogubić na szybko napływającej wodzie, która wlewając się od tyłu, odcina szybko drogę powrotu na stanowiska. Wszyscy poradzili sobie nienagannie, ale jest sporo wniosków do wyciągnięcia. Zwłaszcza w kwestii efektywnego łowienia, w momencie wlewania się fali od tyłu i zaniku brań od przodu. Wiemy, gdzie są ryby, widzimy je na płytkiej wodzie, ale trudno je złowić. Chyba wiemy, gdzie tkwi „problem” i jutro to sprawdzimy.

Niemniej sesję kończymy na bardzo duży plus. Sprawdziła się taktyka, zestawy, umiejętność obróbki i prezentacji przynęt. Słowem wszystko zagrało.

Teraz nie pozostaje nic innego, jak popracować nad automatyzmem tak, aby złowić jak najwięcej ryb, na największej fali przypływu. I robić to w miarę regularnie, bez przestojów. To w naszej ocenie, w każdej sesji zadecyduje o sukcesie.

Dodatkowo, trzeba umiejętnie zastosować w odpowiedniej chwili te zestawy, które będą działać najbardziej efektywne. Na koniec umiejętnie je umieścić w odpowiednim miejscu, z odpowiednią przynętą i ciężarkiem. Jeden błąd równa się brakiem łowionych ryb, a wypadkowych decydujących co w danej chwili będzie najskuteczniejsze, jest kilkanaście.  

Nasz Kadrowicz, Michał Abramczuk z bar muchete, odmianą basa, którą poławialiśmy najczęściej na plażach La Tremblady. Pewnie się zastanawiacie dlaczego Michał ma założoną rękawiczkę? Wszystko z uwagi na kilkunastodniowy kontakt placów z sokami z robaków. Rękawiczki chronią place przed zbytnim podrażnieniem, spuchnięciem i towarzyszącym bólem.

Po zakończonej sesji spotykamy się na plaży po to, aby na gorąco wymienić spostrzeżenia. Okazuje się, że w trakcie sesji, byliśmy wnikliwie obserwowani przez naszych przyszłych rywali i nie obyło się bez “przypadkowego” nagrywania naszych poczynań na plaży. To pokazuje, że radziliśmy sobie w tym dniu bardzo dobrze i złowiliśmy naprawdę sporo ryb. Czego nie obserwowaliśmy u pobliskich ekip, a obserwowaliśmy ich także wyjątkowo wnikliwie. Nie posunęliśmy się jednak do podsyłania “wysłanników” w celu ukrywanego nagrywania na stanowiskach.

Wieczorem – jak zwykle – podsumowanie, wnioski z całego dnia i omówienie strategii na dzień następny. Po kolacji nasi zawodnicy – jak zwykle każdego dnia – dopieszczają zestawy i cały ekwipunek.

Plaża Palge du Phare

Piękna plaża, położona w okolicy latarni morskiej – oddalona około 20km od LaTremblade – to nasz cel na trzeci dzień treningu. Mordercze dojście na plażę, przez olbrzymią wydmę, wyciska z nas „siódme poty”. W transporcie na olbrzymią wydmę, pomagają nam ochoczo plażowicze.

Na plaży pojawiamy się na początku przypływu, więc w trakcie krótkiej odprawy sztabu trenerskiego i 45 minut przygotowania stanowiska, woda zalewa większość olbrzymiego sandbaru (odpowiednik naszej rewy, wypłycenia) wlewając się tuż przed stanowiskami.

Za nami – w odległości około 80 metrów znajduje się „półka” głównej plaży. Widać, że na szczycie fali przypływu, miejsca w okolicach sandbaru, będą położone około 4-5 metrów poniżej poziomu wody.

Łowienie zaczynamy – w zależności od stanowiska – w wodzie „po łydki” lub „po kolana”. Lekcje z dnia wczorajszego odrobione nienagannie, bo padają masowo pierwsze małe basy a także turboty, które w zawodach będą wyjątkowo dobrze punktowane.

W miarę napływania wody ryby żerują dobrze. Padają też mulety, które zdecydowanie reagują na ruch podciąganej przynęty. W miarę napływania fali przypływu brania małych ryb ustają. Ryby pojawiają się w okolicach 10 – 40 metrów od brzegu, ale dosyć nieregularnie. Szukamy miejsca najlepszych brań i okazuje się, że po większe ryby, należy sięgać na długościach 100-120 metrów wzwyż.

Nasz kadrowicz i Mistrz Polski, Grzegorz Krężel, radził sobie także wyśmienicie z ..rybkami akwariowymi-:))), które też punktowały!

Duże basy stoją i żerują w pianie na odległym sandbarze. Także przemieszczają się w okolicy sandbaru w zagłębienia dna poszukując pożywienia. Dno plaży – co widać na powyższych zdjęciach, jest wyjątkowo twarde z licznym dołkami, wiec jest to świetne miejsce do umieszczenia zestawów.

Każdy daleki rzut, kończy się wyjęciem pięknej ponad 35 centymetrowej ryby. Niestety nie wszyscy, na czas podjęli decyzję o „przełączeniu” się na maksymalny zasięg. I mimo, że bardzo aktywnie szukali ryb na krótkim dystansie i łowili pojedyncze ryby, to jednak zabrakło rzutów na maksymalnym zasięgu, które dawały szansę na złowienie większej ilości (i zarazem większych) i wysoko punktowanych ryb. To kolejna lekcja.

Piękny i wysoko punktowany Bar muchete złowiony przez Piotra z oddalonego o 100 metrów od brzegu sandbaru

Niemniej czterogodzinna sesja wypadła pozytywnie, a w nagrodę czekała na nas powrotna i mordercza wspinaczka na mega wydmę. Wieczorem – jak co dzień – podsumowanie dnia, czas na wnioski i planowanie na dzień następny. „Dokręcanie” zestawów i „dopieszczanie” sprzętu.

Sztab trenerski "zamyka drzwi" na plażę du Phare po świetnym drugim dniu treningów. Za nami przepiękna i majestatyczna latarnia morska.

Plaża La Bouverie

To nasz cel na sobotę, zaraz po porannym oficjalnym spotkaniu Kapitanów oraz rejestracji wszystkich uczestników. Wszystko odbywa się zgodnie z protokołem Covidowym. Są badania, testy, rozmowy z lekarzem.

Uwijamy się dosyć szybko i późnym popołudniem “lądujemy” na plaży.

Mieliśmy jechać na plażę St. Palais, ale spodziewałem się z Piotrem, że ta akurat plaża, zostanie wybrana na trening, bądź zostanie wycofana – i jak okazało się później – mieliśmy przysłowiowego, trenerskiego nosa.

Po zajęciu stanowisk na La Bouverie okazuje się, że nie jest różowo. Mocno świeci słońce, które w naszej ocenie osłabi żerowanie ryb. Na plaży sporo ludzi. Dodatkowo wynikła mała awantura z lokalnymi surferami, którzy myślą, że cały brzeg należy do nich. Kończy się niemiłą awanturą i świadomością, że Francuzi nie są wcale tacy gościnni?

Efektem, przenosimy część stanowisk, jednak surferzy panoszą się na falach psując nam trochę trening. Niemniej nie było najgorzej, bo po dwóch godzinach docierają nas nasi przyjaciele z ekipy Grecji, którzy zdecydowali się pojechać na plażę St. Palais. Jakież było ich zdziwienie, kiedy się okazało, że w sobotnie popołudnie, nie dało się wejść z wędkami na plażę. W związku z tym, zdecydowali się dołączyć do nas i razem kontynuowaliśmy łowienie.

Paweł Przewrocki, zwycięzca cyklu GPx Polski 2019 radził sobie znakomicie na plażach w okolicach La Tremblade

Stanisław Szymański - jeden z najbardziej doświadczonych zawodników Kadry - upodobał sobie łowienie dubletów

Po powrocie do bazy obiad, podsumowanie dnia, wnioski analiza i planowanie na najbliższy dzień.

W sztabie trenerskim decydujemy, że w niedzielę zespół dostaje wolne tak, aby przygotować się do popołudniowej ceremonii otwarcia i poniedziałkowego oficjalnego treningu. My zaś mamy plany na poranek na plaży St Palais.

Plaża Saint Palais

Z Piotrem – II Trenerem – wstajemy przed wschodem słońca tak, aby skoro świt stanąć na piasku plaży St.Palais, na której nas jeszcze nie było.

Mamy tylko dwie godziny na pełne rozpoznanie łowiska i testowanie strategii, zgodnie ze wskazówkami otrzymanymi od naszych francuskich przyjaciół.

Plaża jest tu zdecydowanie inna od pozostałych. Wyjątkowo wypłaszczona, z miękkim piaskiem i jest dosyć wąska. Już teraz wiem, dlaczego Grecy nie pomieścili się tu wczoraj ze sprzętem.

Kilka minut na rozłożenie sprzętu i pierwsze rzuty. Blisko nie ma co szukać ryby. Takie są szybkie wnioski. Przerzucenie zestawów na 120 metr wzwyż daje pierwsze ryby.

Ryby prezentują się przepięknie w promieniach wschodzącego słońca. Kluczem do sukcesu okazało się umieszczenie przynęty na długim dystansie. Każdy rzut poniżej 120 metra, skutkował brakiem brań. Prosta zasada – nie dorzucisz więc nie połowisz.

Po dwóch, godzinach wracamy do bazy na śniadanie.  Jesteśmy bardzo zadowoleni z efektów połowu, jednak przewidujemy, że plaża ostatecznie nie zostanie włączona do zawodów. I jak się później okazuje, mieliśmy rację.

Pierwszy Trener Kadry PZW z pięknym egzemplarzem Maigre. Ryba wzięła przynętę z odległości ponad 120 metrów
Piotr Badełek, II Trener Kadry PZW, z piękną zdobyczą z plaży St. Palais

Ceremonia otwarcia Mistrzostw Świata

Dla każdego z nas, to zawsze wielkie emocje, reprezentować swój kraj i odśpiewać Mazurek Dąbrowskiego, podczas ceremonii otwarcia Mistrzostw.

Niektórzy z nas doświadczają tej pięknej chwili po raz trzeci. Jest gwarno i kolorowo. Są przemówienia. Wspólne zdjęcia, jednak w powietrzu czuje się napiętą atmosferę, jutrzejszego oficjalnego treningu.

Z uwagi na obostrzenia Covidowe, ceremonia otwarcia, odbyła się bez typowego przejścia wszystkich ekip z flagami przez miasteczko – notabene bardzo ładną La Tremblade. Zaś sama ceremonia miała miejsce centrum miasta przy głównym deptaku.

Okazało się, ze na miejscu w La Tremblade, są także fani polskiej reprezentacji
Kadra plażowa Polskiego Związku Wędkarskiego w towarzystwie Panów: Prezydenta FIPS-M Gilberta Zangerle oraz Sekretarza FIPS-M Attilio la Porta

Chcąc zakończyć dzień w sposób relaksujący, żeby zminimalizować stres zawodników związany z jutrzejszym oficjalnym treningiem, zapraszam moich Kadrowiczów na szklaneczkę piwa. Nic z tego!! Nie ma mowy. Wracamy do hotelu, aby “zbroić” się na jutro.

Śmieję się pod nosem, że zostanie wypić samemu szklaneczkę wina przy kolacji. Jak się okazało – nie udało mi się ich namówić do końca wyjazdu!! Co za sportowa postawa!

Druga część relacji – w której przedstawię szczegóły rywalizacji sportowej – już wkrótce.

Trener Kadry PZW w wędkarstwie plażowym, Andrzej Jaworek, 8-10-2021

W maju jak w raju, czyli o tym jak upolować bałtyckiego bociana

Poniższy artykuł napisałem w 2021 roku. Od tego czasu upłynęło już trochę wody w Wiśle oraz w naszym Bałtyku, a artykuł – z kilku istotnych powodów – został bardzo delikatnie przeredagowany tak, aby był w pełni aktualny. Najbardziej istotną zmianą (po zmianie przepisów pod koniec 2023 roku), jest możliwość zastosowania zestawów do łowienia – nie ograniczonych tylko do jednego troka bocznego (przyponu) – a także minimalny wymiar ochronny długości belony 60cm.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Sezon belonowy rozkręca się na dobre i postanowiłem skreślić kilka zdań, aby podzielić się z Wami moimi doświadczeniami, z połowu tej wyjątkowo sportowej ryby. Materiał przygotowałem także z myślą o naszym kolejnym, dorocznym spotkaniu plażowym i naszych uczestnikach, bowiem spodziewam się, że dominującą rybą naszego spotkania, będzie właśnie belona.

Maj to moja ulubiona pora w bałtyckim kalendarzu, a belona zawsze przyprawia mnie o pozytywny dreszczyk emocji. Kwitnie rzepak, a to zawsze nierozłączny znak świadczący o tym, że belona jest już pod brzegiem, żeby odbyć swój doroczny taniec godowy. Nie ukrywam, że od paru lat rzepak zaczyna zakwitać o wiele wcześniej, niż bywało to jeszcze kilka lat wcześniej. Niemniej 3-4 tygodniowy okres kwitnięcia, będzie pokrywać się z okresem najlepszych brań belony na naszym wybrzeżu. Może nie od samego początku (bo rzepak zakwita już od połowy kwietnia) –  i okres połowu nie jest w pełni adekwatny do kwitnięcia rzepaku na terenie całego kraju –  ale jeżeli odniesiemy to do waruków panujących na naszym pobrzeżu, najlepsze brania powinny się pojawiać od końcówki kwietnia, początku maja aż do trzeciego tygodnia maja.

Muszę się szczerze przyznać, że jeszcze do niedawna, maj kojarzył mi się głównie, z początkiem sezonu szczupakowego. Mieszkałem wtedy w Warszawie i czekałem na pierwsze sygnały nadchodzącej wiosny. To był sygnał, do rozpoczynającego się majowego sezonu szczupakowego, na który czekałem cały rok.

Jak to w życiu zwykle bywa, wszystko co dobre, jest dziełem przypadku. Dziełem przypadku, zamieszkałem nad morzem. Całkiem przypadkiem, zawitałem kiedyś w maju, nad brzeg Bałtyku. Upolowałem wtedy, swojego pierwszego „bociana morskiego” i wpadłem po uszy! Od czasu, kiedy złowiłem pierwszą belonę, szczupaki odeszły na plan dalszy. Wiadomo, ”stara miłość nie rdzewieje” i lubię „pomęczyć” zębate, ale widok majowego „dziobaka”,  zawsze przyprawia mnie, o szybsze bicie serca.

W związku z tym, iż z biegiem lat, moje łowienie belon ewoluowało – w inną niż spinningową stronę – chciałem się podzielić z Wami doświadczeniami, w mojej ulubionej metodzie połowu tej ryby, czyli morskiej gruntówce.

Zmieniający się klimat i ocieplenie Bałtyku spowodowały, że belony możemy łowić z powodzeniem od końca kwietnia do września. Przy sprzyjającej pogodzie, zdarza mi się je łowić, nawet na początku października. Łowię je też z dużym powodzeniem w środku słonecznego i upalnego lata, kiedy na plaży jest gwarno, a żar leje się z nieba!

Im bardziej zagłębiałem się w tajniki łowienia belon na spinning, tym bardziej „bolały” mnie wszelkie ograniczenia „pogodowe” tej metody. Metoda gruntowa nie ma w zasadzie żadnych ograniczeń, a widok brań belony, na szczytówkach wędek plażowych, jest spektakularny. Zaś hol belony jest pełen ucieczek, zwrotów akcji, odjazdów, śrub, wyskoków nad wodę. Belona, swoją budową jest stworzona, do wyjątkowo szybkiego pływania, walki. Nie odpuszcza do ostatniej chwili.

Z końcem kwietnia i początkiem maja, belony przypływają w okolice brzegu, żeby odbyć swój doroczny taniec godowy. W szukaniu najlepszej miejscówki, pomoże nam obserwacja wody i widok spławiających się ryb. Strefy dna z dużą połacią roślin i glonów, będą najlepszymi miejscówkami.

Z reguły, najlepsze wyniki połowu osiągniemy rano i wieczorem przy słonecznej pogodzie. Zachmurzenie, a zwłaszcza mgła, powoduje z zasady, odsuwanie się żerujących ryb w ciągu dnia od brzegu. Choć nie zdarza się to zawsze i wszędzie. Co ciekawe, belony wcale nie boją się falowania, pod warunkiem, że w strefie przybrzeżnej nie tworzy się tzw. „betoniarka” z ogromną ilością unoszącego się piachu. Przy ładnej pogodzie, w szczególności rano i wieczorem szukajmy ryb blisko brzegu. Niemal „pod nogami”.

W kwestii niezbędnego wyposażenia, nie wykraczamy poza typowe minimum. Obowiązkowy zestaw, obejmuje zwykłe podpórki pod wędki, albo stojak plażowy lub też sztyce.

Przy ładnej pogodzie i nikłym falowaniu, można się pokusić o stosowanie zwykłych feederów lub wędzisk karpiowych. Kołowrotki dopasujcie w tym przypadku, do typu używanej przez Was wędki. Nie muszą być to kołowrotki, czysto dedykowane do łowienia z plaży.

Z kilku – głównie praktycznych powodów – używam wędzisk typowo plażowych (o długości co najmniej 4.10m i ciężarze wyrzutowym ponad 120g), które dają sporą wszechstronność, w świetle zmieniającej się pogody i silnego falowania, a także konieczności dalszego zarzucenia przynęty.

Grubość żyłki dopasowuję zawsze do panujących warunków. Przy ładnej pogodzie i stosunkowo daleko żerujących rybach stosuję żyłkę 0.18mm. Przy cięższych warunkach, idę w grubość (max.0.25mm), ale tu trzeba wykazać się wyczuciem. Zbyt gruba żyłka przy silnym uciągu i falowaniu, może spowodować zbyt silne znoszenie zestawu.

Stosuję też plecionki, których grubość nie przekracza 0.13 mm. Do końca linki głównej (żyłki lub plecionki), każdorazowo dowiązuję koniczny przypon strzałowy, dopasowany swoją początkową średnicą do średnicy głównej (od 0.18-0.25mm do 0.50-0.60mm w swojej najgrubszej części). W przypadku połowu feederem lub karpiówką, możecie nie montować przyponu strzałowego, jeżeli będziecie łowić blisko, z zastosowaniem lekkich ciężarków.

Do połowu, wykorzystuję kilka typów klasycznych zestawów. Jeszcze do niedawna mogliśmy stosować zestawy tylko z zastosowaniem jednego troka (przyponu) bocznego. Zmiany w przepisach wprowadzone pod koniec 2023 roku (o których notabene wspominam w oddzielnym materiale video) https://www.polskaszkolasurfcastingu.pl/?s=zmiany+w+przepisach pozwoliły zwiększyć nasze możliwości i zastosować np. dwa troki boczne. Co w mojej ocenie, jest rozwiązaniem w pełni optymalnym. Ani za dużo. Ani za mało. Czyli w sam raz.

Najprostsze zestawy na “bałtyckiego bociana” znajdziecie w oddzielnym opracowaniu. Aktualności – Polska Szkoła Surfcastingu

Niemniej wspominam o najważniejszych zasadach. W przypadku stosowania zestawów z dwoma trokami bocznymi, ich długość ograniczam w taki sposób, aby nadmiernie się nie plątały. W przypadku stosowania tylko jednego troka bocznego, trok boczny ma z reguły długość od 70cm nawet do 300cm. Troki kończę haczykami typu Aberdeen w rozmiarze nr 6.

W budowie zestawów trzeba uwzględnić zastosowanie pływaków, bo belona lubi lekko unoszącą się przynętę. Stada belon, które bardzo aktywnie patrolują toń, biorą świetnie z okolic dna jak i z toni. Dysponując dwoma wędkami, zawsze stosuję dwa różne typy zestawów, dopasowane do charakterystyki dna oraz głębokości i umieszczam je w zupełnie dwóch rożnych miejscach.

Po kilku, owocnych sesjach połowowych, zmieniam zestawy na nowe. I nie jest to tylko kwestia tępych haczyków, ale także samych zestawów, które po kilku energicznych holach belon, tracą z reguły, większość swoich właściwości. Ulegają ponadnormatywnemu obciążeniu, skręceniu, zwichrowaniu. Kolejne połowy „sfatygowanymi” zestawami zawsze – wcześniej czy później – kończą się ich poplątaniem.

Nie zgodzę się do końca z teorią, że w przypadku połowu gruntowego – dla belony najważniejszy tylko i wyłącznie ruch. Nie neguję, że często obserwujemy brania przy podciąganiu, lub też sciąganiu przynęt, bo belona jest świetnym wzrokowcem. W związku musimy łowić bardzo aktywnie…. ale głównie w świetle umiejętności „czytania wody” i umieszczenia zestawu dokładnie tam, gdzie żerują belony. Ta umiejętność jest kluczem do sukcesu, bowiem nawet aktywne podciąganie zestawu, w strefie gdzie belon nie ma, nie przyniesie pożądanego efektu.

Jeżeli myślicie, że belona połakomi na tzw. byle co, to grubo się mylicie. Jakość przynęty ma kluczowe znaczenie. Przekonałem się o tym wielokrotnie, zamieniając „padlinę” na coś wyjątkowo świeżego. Brania pojawiały się natychmiast! Nie powiem, wprawiło mnie to kilkakrotnie w osłupienie, bo nie spodziewałem się, aż tak spektakularnego efektu. Od tej pory całkowicie zmieniłem strategię przygotowania, przechowywania, a także dbania o „kondycję” przynęt. W połowie belon wykorzystuję najczęściej kawałki lub fileciki z tubisów lub dobijaków, a także filety z innych ryb (w tym śledź, makrela, belona), które dodatkowo przytwierdzamy do haczyków przy użyciu elastycznej nitki.

Myślę, że my wędkarze, zbyt często o tym zapominamy o tym, że jakość przynęty jest kluczowa, skupiając się za bardzo nad „błyskiem” wędziska i kołowrotków i innych „bajerów”. Tracimy z oczu to, co jest tutaj najistotniejsze. W naszych działaniach, powinniśmy dużo uczyć się od ryb. Być szybcy jak belona. Przebiegli jak bałtycki leszcz oraz myślący i odchodzący od utartych schematów, jak morska troć?

Po zacięciu „bociana” koniecznie zachowajcie zimną krew. Nie panikujcie i nie siłujcie się. Pozwólcie rybie powalczyć i jak już znajdzie się blisko brzegu, lądujcie ją wyślizgiem na bałtyckim piasku. Żadnych podbieraków! Dajemy rybie szansę do samego końca. Przy silniejszym falowaniu, postarajcie się zgrać „wyślizg” z nadchodzącymi falami. Bocian będzie pięknie i „bezboleśnie” surfował na szczycie fal , a woda wykona za nas większość pracy.

Mam szczerą nadzieję, że po przeczytaniu moich wskazówek, chociaż trochę uda się Was „zarazić bocianim wirusem”. Jeżeli nie w maju, to przyjeżdżając na urlop w sezonie wakacyjnym, koniecznie zabierajcie ze sobą wędki. Jakie by nie były.

A tych wszystkich, którzy chcieli by zobaczyć jak łowi się belony w praktyce, jak wygląda belonowy zestaw, jak założyć prawidłowo przynętę, zapraszam na doroczne spotkania – bałtycką beloniadę- na bałtyckiej plaży. Szczegółów szukajcie na FB Szkoły i szkoły i na naszej stronie www.

Opr. Andrzej Jaw Esox

Kwietniowe płastugi

W sobotę 24.04.2021 razem z Grzegorzem i Szymonem odwiedziliśmy naszą sztandarową miejscówkę w Ustce. Pogoda była bardzo niepewna. Wiał silny Pn. wiatr i były pewne obawy czy da się łowić.  Ok. godz. 7:00 byliśmy już na miejscu i ku naszemu zdziwieniu okazało się że warunki są wręcz sprzyjające. Fala do ok. 0,6m i delikatny uciąg.

Tego dnia naszym głównym celem były płaskie. Jako pierwsze w wodzie wylądowały zestawy
 z krótkimi ok. 20cm trokami zakończonymi, pojedynczą  różową kulką pływającą. Ciężarki oczywiście świecące w kolorze żółtym oraz pomarańczowym. Haczyki uzbroiliśmy w śledzia oraz tubisy.


Na brania nie trzeba było długo czekać. Pierwszą płaską wyholowałem po 5 min od podania zestawów, następnie w przeciągu kilku minut Grzegorz złowił piękna grubą  flądrę.

Do Szymona także uśmiechnęło się szczęście i na jego stanowisku pojawiły się ładne płaskie.

Po upływie 1.5h brania całkowicie ustały nie było nawet „puknięcia” nie pomagała zmiana zestawów czy odległości. Po godzinie ciszy zmiana taktyki – zacząłem łowić bardzo blisko brzegu w odległości ok. 20m. Zestawy z dłuższymi trokami ok. 35cm, zakończone plastikową- fosforyzującą, seledynową kulką okazały się strzałem w przysłowiową „10-kę”. Zaciekawione płaskie gryzły każdą podaną przynętę.

Podczas sesji dzięki uprzejmości www.ecofishing.pl  miałem okazję przetestować  kolejną ciekawą propozycję  firmy  SUNSET tj.  Oceana Revolution Surf Power 420 do 250g.

Wędka doskonale  wykonana  z dbałością o każdy szczegół. Leki, reaktywny i smukły blank ok. 19mm daje nieprawdopodobną przyjemność w trakcie łowienia.  Podczas holu na kiju wyraźnie czuć każda zacięta rybę. Wędzisko najlepiej ładuje się ciężarkami w zakresie od 110g do 160g i podczas rzutu potrafi „wybaczać” błędy techniczne. Co jest niewątpliwym atutem dla tych którzy rozpoczynają swoją przygodę na plaży.

Bardzo dobry kij dla każdego, zarówno dla początkujących jak i zaawansowanych Surfcastingowców.  Osprzęt oczywiście FUJI oraz wykonanie z wysoko modułowego grafitu,  czynią ja bezkonkurencyjną propozycją w tym przedziale cenowym.

Ja z Grzegorzem zakończyliśmy łowienie ok. godzi 11:30. Pomimo przerwy w braniach, udało mi się wyholować  10 fląder.  Grzegorz złowił 5 ryb. Szymon został do ok. 14:00 i wyholował 9 fląder.
Na tą chwilę na wybrzeżu środkowym sezon na płaskie w pełni lecz  z niecierpliwością wyczekujemy chwili kiedy pojawią się pierwsi „belonowi zwiadowcy”.

Z tego co na dzień dzisiejszy donoszą nam nasi wywiadowcy sezon na belony rozpoczęty. Tak więc kolejna relacja w toku!

Tekst i zdjęcia: Paweł Przewrocki

Sezon na płaskie w pełni

W natłoku codziennych obowiązków, szansa na kolejny wypad na plażę, pojawiła się dopiero w niedzielę 18 kwietnia. Ponownie wybór padł na plażę w Ustce. O godzinie 6.00 spotkałem się z Marcinem i Szymonem na parkingu i chwilę później nasze zestawy były już w wodzie.

Na pierwsze branie nie trzeba było długo czekać.

Pogoda tego dnia, była o wiele gorsza niż tydzień wcześniej. Wiał zimny, chwilami porywisty wiatr, początkowo z kierunku wschodniego, później z północno-wschodniego. Na rewie przebijały się spore fale, które w niektórych miejscach, niemal całkowicie uniemożliwiały wędkowanie. Kluczem do sukcesu, było wytypowanie odpowiedniego miejsca do wędkowania, a później umieszczenia tam zestawu.

W tle widać głęboki i co za tym idzie, spokojny fragment łowiska (początek zaznaczony na zdjęciu czerwonymi strzałkami).

Większość ryb łowiliśmy z bliskich odległości, przede wszystkim z kipieli, tworzącej się w miejscu wygasania fali powstałej na pierwszej rewie. Za rewą, prąd wody był na tyle silny, że ciężko było zakotwiczyć tam jakikolwiek ciężarek.

Dublet złowiony na zestaw uzbrojony w ciężarek ‘wiaderko’ umożliwiający zakotwiczenie zestawu w miejscu w ciężkich warunkach.

Tego dnia wędkowałem do godziny 16, Mój wynik to równe 20 sztuk. Marcin, który łowił do godziny 12 złowił 5 sztuk i Szymon (łowiący do godz. 15) złowił 3 sztuki. Wszystkie ryby były wymiarowe, ale średnia długość ryb delikatnie przekraczała 30 cm. Także tym razem obyło się bez ponad 40 centymetrowych ‘okazów’. Wszystkie złowione tego dnia ryby trafiły w dobrej kondycji z powrotem do wody.

Niedzielny wypad na plażę zaliczam zdecydowanie do udanych. Dobrze jest od czasu do czasu ‘przewietrzyć’ swoją głowę nad morzem, dosłownie i w przenośni i jak zawsze z niecierpliwością czekam już na następny.


Moja największa płaska tego dnia

Szymon z ładną – ale wychudzoną po tarle – zdobyczą.

tekst i zdjęcia. Michał Abramczuk – SUNSET Ecofishing Team

Bardzo udany początek sezonu na flądrowate

W sobotę 10 kwietnia udało mi się po raz drugi w tym roku wyskoczyć na plażę z surfami. Tym razem wybór padł na miejsce, które mam, prawie że pod nosem, czyli zachodnią plażę w Ustce. Nad wodą jestem tuż przed godziną 8. Na miejscu czeka już na mnie Marcin z Pawłem, którzy łowią od świtu i chwalą mi się pierwszymi rybami, w tym (jak się później okazało, największą tego dnia) piękną płaską Pawła, która miała ponad 42 cm. Zapowiadało się naprawdę obiecująco.

Widok pięknej storni złowionej przez Pawła pomimo niewyspania się szybko postawił mnie na nogi.

Ryby z krótkimi przerwami współpracują z nami od początku do końca trwania zasiadki. Odławiamy je zarówno z dalszych odległości, tj. zza drugiej rewy, jak również z pierwszego dołka, czyli z odległości często nieprzekraczającej nawet 40 metrów. Ryba jest ewidentnie na braniu, co potwierdza fakt, że płaskie reagują praktycznie na każdy z zestawów wrzucanych przez nas do wody. Należy jednak zauważyć, że najskuteczniejszy tego dnia okazał się zestaw przystosowany do łowienia ryb w toni, uzbrojony w dwa stosunkowo długie troki ozdobione kilkoma kulkami wypornościowymi – taki zestaw łowił w większości dublety. Przynęty to standardowo – fileciki ze śledzia i belony oraz tubisy.

Jeden z wielu dubletów złowionych w tym dniu przez Marcina

Pogoda tego dnia była sprzyjająca bardziej dla plażowicza niż wędkarza – praktycznie pełna lampa i umiarkowany wiatr z kierunku zachodniego i północno-zachodniego. Woda pracowała, nie bardzo mocno, ale co jakiś czas na drugiej rewie tworzyły się małe grzywki. W dalszym ciągu spotykam się z teorią, że płastugi nie lubią prześwietlonej wody i należy ich szukać w najgłębszych partiach łowiska i/lub wędkować późnym popołudniem, wieczorem, albo w nocy. Moim zdaniem to nieprawda, czego dowodem jest m.in. opisywany przeze mnie wypad. Największa ilość brań tego dnia przypadła na okres pomiędzy 13, a 15 – czyli sam środek dnia!

Tego dnia kij High Detect SUNSET z serii LEGENG sprawdził się wyśmienicie. Jego czuły tip sygnalizował branie każdej ryby.
Pomimo słonecznej pogody ryby żerowały cały dzień

Wędkowanie kończymy z Marcinem przed godziną 18, Paweł dużo wcześniej, bo już o godzinie 12. Ostateczne podsumowanie sobotniego wypadu na plażę wygląda następująco: Paweł 10 sztuk, Marcin i ja – każdy ponad 20 sztuk. Tego dnia nikt z nas nie złowił niewymiarowej płaskiej, natomiast każdy mógł się pochwalić pięknymi, ponad 40sto centymetrowymi rybami. Wypad uważam za zdecydowanie udany i z niecierpliwością czekam już na następny.

tekst i foto Michał Abramczuk