Czy chcecie zobaczyć cały 2022 rok w kalejdoskopie Polskiej Szkoły surfcastingu?
Jeżeli tak to zapraszamy na nasz profil YT (link poniżej), gdzie znajdziecie filmowe podsumowanie mijającego roku.
Czy będziemy za nim tęsknić? No coż. Czas pokaże? Niemniej pozytywnych emocji nie brakowało, co widać na filmie, na którym udało się umieścić zaledwie garść materiałów.
W nowy 2023 Rok, wchodzimy z bagażem nowych znajomości, doświadczeń i planów, które mamy nadzieję – uda się zrealizować wspólnie. Życzymy wszystkim sympatykom i przyjaciołom taaakiej ryby i Do Siego 2023 Roku.Pozdrawiamy serdecznie i do zobaczenia na plaży!!
We wrześniowym magazynie otwieramy nowy cykl ” Łowimy bałtyckie gatunki z Polską Szkołą Surfcastingu”. W kolejnych numerach, znajdziecie opracowania wszystkich bałtyckich gatunków, piórem Andrzeja Jaworka, byłego Trenera Kadry oraz członka komisji sportowej międzynarodowej federacji sportów wędkarskich CIPS. Serdecznie zapraszamy do lektury i odwiedzania naszego profilu na FB, po bieżące i interesujace informacje.
Dodatkowych materiałów, filmów, ciekawostek, szukajcie na naszych mediach społecznościowych i kanale YT klikając poniższe ikony.
Przy okazji tegorocznych wakacji w Dolomitach udało mi się wygospodarować dwa dni na krótki wypad nad Adriatyk.
Od samego początku pomysł ten wiązał się z różnego rodzaju przeciwnościami, m.in. z brakiem miejsca na wędki i sztyce w aucie, czy (jak się później okazało) dosyć wymagającą trasą przez góry. Na szczęście dla chcącego nic trudnego i finalnie udało mi się powędkować z włoskiej plaży.
Proces przygotowawczy rozpocząłem od wybrania palcem na mapie (dosłownie) miejscówki. Wybór padł na plaże w miejscowości Lignano.
Po upewnieniu się, że w okolicy znajduje się sklep wędkarski, wziąłem się za teorię. Co się aktualnie łowi, na jakie zestawy i na jakie przynęty. W dobie internetu i przy odrobinie chęci można zebrać naprawdę wiele cennych informacji, które zaprocentują później w postaci wyników w trakcie połowów.Teraz kiedy byłem już odpowiednio nakręcony, musiałem rozwiązać problem spakowania wędek i sztyc do samochodu. Z pomocą przyszły mi pasy do transportu wędzisk pod sufitem auta nabyte, jakiś czas temu na pewnym portalu oferującym produkty wszelakie z Chin i muszę przyznać, że spisały się świetnie. Z pozostałą częścią ekwipunku nie było już problemu, kołowrotki, pare ciężarków, kilka gotowych body do zestawów i materiały do przewiązania przyponów zmieściły mi się w jednej torbie, która była jednocześnie… lodówką na przynęty. Minimalizm w czystej postaci.
Moment wyjazdu nad Adriatyk nadszedł bardzo szybko. Z jednej strony mocno go wyczekiwałem, a z drugiej zwiastował szybko nadchodzący koniec wspaniałego urlopu. Trasa, którą miałem do pokonania wynosiła trochę ponad 200 kilometrów, z czego jedna połowa wiodła przez góry, w tym szczyty, a druga po autostradzie. Łączny czas potrzebny na jej przebycie wynosił niecałe 4 godziny, z czego tylko godzina była potrzebna na przejechanie odcinka autostradowego. Odcinek górski był wyjątkowo wymagający, tak samo dla mnie, jak i mojego samochodu, ale widoki po drodze wynagradzały wszystko.
Wyjeżdżam w poniedziałek rano i o 11.00 docieram na miejsce, punkt docelowy to wbity w nawigację lokalny sklep wędkarski. Właściciel bez problemu porozumiewa się po angielsku i bez wahania wskazuje mi na mapie plaże, które warto w tym okresie odwiedzić. I tutaj pojawiają się pierwsze schody.
W związku z trwającym w pełni sezonem turystycznym obowiązuje zakaz wędkowania z plaż na otwartym morzu w godzinach od 8 do 19, ale za to bez ograniczeń można wędkować w lagunie. To zaburza cały mój ambitny plan na wędkowanie ‘do bólu’ przez najbliższe dwie doby. Kolejnym problemem jest brak bibi i razorów, które mają pojawić się w sklepie dopiero następnego dnia rano. Na miejscu są tylko robaki koreano i mrożone kalmary – biorę dwa opakowania tych pierwszych i paczkę drugich i wiedząc, że mam jeszcze sporo czasu do 19 ruszam na zwiedzanie samego Lignano.
Na plaży pojawiam się około godziny 15, gdzie od razu robię rekonesans organoleptyczny. Plaże na otwartym morzu od tych przy lagunie oddziela molo z małą latarnią na jego końcu. Od strony laguny od razu zauważam wędkarzy stojących jakieś 30 metrów od brzegu po pas w wodzie z wędkami na sztycach wbitymi w morskie dno.
Pierwsze co rzuca mi się w oczy to sprzęt, którym łowią. Były to mocniejsze feedery z kołowrotkami w rozmiarze 5-6 tysięcy, każdy ma też podbierak. Nie zastanawiając się długo, rozkładam jedną wędkę i rozpoczynam wędkowanie. Odpuszczam sobie jednak wchodzenie do wody i bez problemu dorzucam z brzegu na odległość, na jakiej miejscowi lokują swoje zestawy. Przez niecałą godzinę nie wydarza się nic ani u mnie, ani u “lokalsów”. Szybko dochodzę też do wniosku, że to nie moja bajka, więc kończę łowienie i przenoszę się na część plaży po stronie otwartego morza.
Plaża po tej stronie fary (po włosku latarni, która akurat w tym przypadku jest granicą pomiędzy laguną a otwartym morzem) podzielona jest przez kamienne opaski na nieduże sekcje. Wybieram najbardziej obiecującą w mojej ocenie klatkę i zaczynam odliczać czas, jaki pozostał do godziny 19.Łowienie rozpoczynam dopiero przed godziną 20, bo dopiero o tej porze plaża i co istotniejsze, kąpielisko pustoszeje.
Od pierwszych minut zaczynam notować brania i lądować pierwsze ryby na brzegu. Dominują dorady, a pomiędzy nimi pojawiają się pojedyncze mormory. Wielkości sportowe i z biegiem czasu malejące, ale to, co muszę oddać tym rybom to ich waleczność. Mormora w rozmiarze +/- 25cm na przyponie 0,16 potrafiło mi już delikatnie zagrać na hamulcu, tak samo podobnych rozmiarów dorada.
W kwestii sprzętu to do tematu podszedłem w mocno filigranowy sposób, ciężarki o gramaturze 80g, długie, ponad metrowe przypony z cieniutkiego fluorocarbonu oraz haczyki w rozmiarze 6-7 do koreano i 4 do kalmarów.
Ryby odławiałem zarówno spod nóg, jak i z dalszego dystansu, a dominującą przynętą był koreano. Na kalmara nie miałem nawet brania, ale to stosunkowo selektywna przynęta.
O 22 wzmaga się wiatr, a brania ustają, więc kończę łowienie i wycieńczony po upalnym dniu udaję się spać do samochodu.
Na plaży pojawiam się następnego dnia o 5 rano, spałem w samochodzie zaparkowanym kilkadziesiąt metrów od plaży, dlatego 15 min po budziku zarzucałem już pierwszy zestaw do wody. Zaczęło się super, z pierwszych rzutów ląduję doradę i mormorę i… to by było na tyle.
Zaliczam mocny falstart, kilkanaście minut od rozpoczęcia wędkowania wzdłuż plaży w kierunku laguny zaczyna płynąć ogromna ilość trawy morskiej. Ma to związek ze zbliżającym się szczytem przypływu. Pływy na Adriatyku, przynajmniej w jego północnej części, występują i są całkiem dobrze zauważalne. Nie trzeba uciekać, nie wiadomo ile metrów do tyłu, przed napływającą wodą, ale jej napór jest dobrze widoczny.
Czas ucieka, o 8 trzeba kończyć wędkowanie, więc zaczynam zagęszczać ruchy, przyjmuje tempo zawodnicze. Zestaw w wodzie utrzymuje się tylko kilka minut, a pod nogami mam coraz mniej piasku i coraz więcej trawy. Walczę do samego końca, ale od momentu, w którym zaczyna płynąć trawa, nie łowię już żadnej ryby.
Od kolejnego okienka połowowego dzieli mnie 11 godzin, więc podejmuję decyzję o powrocie do miejsca wypoczynku w górach. Chętnie bym został na dogrywkę, ale zdrowy rozsądek zwycięża. Nie chciałem wracać późną nocą przez góry, zwłaszcza po całym dniu na rozgrzanej słońcem plaży.
W drodze powrotnej zajechałem jeszcze do sklepu podziękować właścicielowi za wskazanie mi fajnego miejsca do wędkowania. Facet bardzo się ucieszył, że udało mi się złowić kilkanaście ryb. Byłem też świadkiem popularności bibi, które dopiero co przyjechało – kolejka kończyła się poza sklepem.
Na odchodne właściciel powiedział mi, że przyjechałem o kilka dni za szybko, bo sensowniejsze ryby zaczyna się w tym rejonie łowić dopiero na początku września i miał rację, bo widzę co tamtejsi wędkarze, zaczęli wrzucać w ostatnich dniach na lokalną grupę na FB. Ale nic nie szkodzi, główny cel został osiągnięty – dotarłem, złowiłem zupełnie nowe dla mnie gatunki i zdobyłem to, co dla mnie w tym wszystkim najcenniejsze, nowe doświadczenie.
Na koniec chciałbym też pochwalić Włochy, przynajmniej ten rejon, jeżeli chodzi o podejście do plażowiczów. Bez problemu można znaleźć darmowe miejsce postojowe niedaleko plaży, same plaże są czyste, co kawałek są prysznice i toalety. Nic tylko jeździć i łowić!
opr. Michał Abramczuk
Dodatkowych materiałów, filmów, ciekawostek, szukajcie na naszych mediach społecznościowych i kanale YT klikając poniższe ikony.
W czerwcowym numerze WW znajdziecie druga część opracowania o łowieniu bałtyckich belon. Tym razem będzie zarówno o spławiku jak i o spiningu. Zapraszamy do lektury.
Dodatkowych materiałów, filmów, ciekawostek, szukajcie na naszych mediach społecznościowych i kanale YT klikając poniższe ikony.
W majowym numerze WW Andrzej Jaworek odkrywa przed Wami tajemnice łowienia bałtyckich belon. Bogato ilustrowaną pierwszą część artykułu, znajdziecie na stronach 52-55 majowego magazynu Wiadomości Wędkarskie.
Dodatkowych materiałów, filmów, ciekawostek, szukajcie na naszych mediach społecznościowych i kanale YT klikająć poniższe ikony.
Serdecznie zapraszamy na relację filmową z naszego, zeszłotygodniowego III Integracyjnego Spotkania na Bałtyckiej plaży “Beloniada dla każdego”. Film znajdziecie na naszym profilu FB, a także naszym profilu YT klikając w poniższy link
Skoro wszystko mamy już gotowe w przygotowaniach do rzutu obrotowego z ziemi (z ang. OTG – off the ground), to co robić dalej? Najlepiej iść na łąkę lub plażę tak, aby w okolicy było jak najmniej ludzi. Najlepiej w ogóle.
Nie ukrywam, że najlepiej się tam wybrać nie w towarzystwie żony, dziewczyny czy chłopaka-?, ale dwuczęściowej wędki. Dlaczego?
Po pierwsze będzie więcej spokoju, który w treningach jest wyjątkowo wskazany-?.
Po drugie dwuczęściowy kijek jest niezbędny, jeżeli chcecie się pobawić na serio i przede wszystkim bezpiecznie. Zwłaszcza taki kijek z regulowanym położeniem uchwytu kołowrotka.
Zobaczcie na zdjęciu poniżej prawidłowe położenie uchwytu kołowrotka. Prawa ręka jest niemal wyprostowana lub lekko ugięta. W dopasowaniu położenia uchwytu, w zależności od długości ramion, pomoże regulowany uchwyt kołowrotka, w który jest wyposażona, większość dobrych kijów dwuczęściowych.
Oczywiście producenci “zabijają się” w swoich ofertach przekonując, że trzyczęściowe „mocne” kije, też się nadają się do OTG czy rzutu pendulum. Od razu odpowiadam. NIE NADAJĄ SIĘ. Szkoda waszych pieniążków, skoro fajny kijek dwuczęściowy, można kupić za rozsądne pieniążki.
Po co narażać się na odsłuchiwanie trzasku waszego drogiego trzyczęściowego blanku, skoro za tyle samo możecie mieć dobry kijek dwuczęściowy, który wytrzyma i przy okazji będzie bezpiecznie? I dodatkowo może posiadać regulowany uchwyt kołowrotka?
No więc jak już kijek będzie i będzie łąka lub plaża, to musicie pamiętać o tym, że Wasze cudo musicie trzymać w ręku mocno i bezpiecznie.
Zobaczcie na zdjęciach prawidłowy i nie prawidłowy uchwyt wędki na podstawie kołowrotka. Uchwyt musi być mocny, a wychodząca linka, którą przytrzymujemy za pomocą palca wskazującego, musi wychodzić pod kątem 90 stopni.
Trudne?
Materiałów i filmów sukajcie także na naszych mediach społecznościwoych oraz kanale YT. Ikony poniżej.